Bruliony (nie płoną)

Odkąd pamiętam, zeszyty wybierałam ze szczególną uwagą.

Wiąże się to może z wielkim sentymentem, jakim darzę koniec sierpnia: ten czas, gdy dzieci z rodzicami zmierzają do sklepów i hurtowni papierniczych i uzupełniają szkolny zapas. Ołówki, temperówki, nowe pióro, naboje albo – ambitnie – atrament, zszywki, koszulki do segregatora, zakreślacze, karteczki do przyklejania. Równo poukładane potem w biurku, w końcu chodzi o to, żeby koniecznie były pod ręką (i ten biedny koszyk z przyborami z przeszłości, które jak na złość nie chcą przestać pisać, więc nie ma wymówki, żeby je wyrzucić).

Ale ważniejszy był papier.

Nie przepadałam za gładkimi zeszytami: jak to tak, bez wytyczonej ścieżki, jakim sposobem ma się moje pismo nie wykoleić? (Zawsze się wykoleiło).

Zeszyt w kratkę nie mógł mieć tej kratki wydrukowanej w niewłaściwym kolorze. Szarości odpadają, liczy się tylko błękit – ale błękit właśnie, nie żaden zaburzający czytelność granat. (Im więcej przywołuję wspomnień na temat preferencji z dzieciństwa czy ze szkoły, tym wyraźniej widzę, że edytorstwo było mi jednak pisane). Z cienką czerwoną wskazówką marginesu o optymalnej szerokości.

Bardziej niż szeroką linię (bez względu na jej kolor) lubiłam te wczesne zeszyty z drobnymi liniami, te służące dzieciom w pierwszych klasach podstawówki do pilnowania wysokości oczka litery. Tyle płaszczyzn dla utrzymania porządku! Dziś już nie umiem się w linijkach i kratkach mieścić, może to dlatego, że wszystkie prace zaliczeniowe na studiach napisałam piórem na odwrocie przypadkowych kserówek i pismo mi się rozpasało?

Każdy zeszyt miał przeznaczenie. Nawet źle dopasowany, zbyt gruby dla jakiegoś przedmiotu nie bywał wykorzystany w innym celu (i do dziś okupuje miejsce gdzieś w szafie, bo kto by wyrzucił zeszyt, w którym zapisano tylko kilkanaście stron?). Kupowałam ich tyle, ile czekało mnie przedmiotów – plus jeden. Ten ostatni zwykle był w jasną kratkę, ale zawsze miał szczególnie ładną okładkę. Służył na notatki dla siebie, nie na słowa nauczyciela.

Większość tych wyjątkowych, wychuchanych zeszytów leży teraz pusta; a, było mi ich szkoda.

Nie wiem, czy choć raz udało mi się trzymać szczytnych założeń choćby do końca września. Każdy zeszyt miał, wiadoma rzecz, z tyłu kilka kartek zarysowanych na nudnej lekcji, zapisanych niby-liścikami zachowanymi na wieczną bezeceństw pamiątkę. Jednego dnia, już jakiś czas po maturze zadzwonił do mnie ulubiony polonista z zapytaniem, czy nie mogłabym pożyczyć swoich notatek z lekcji praktykantce, „bo ty zawsze tak pilnie notowałaś w tym kajecie”. Pożyczyła na moją prośbę solidniejsza koleżanka; co by powiedział na widok ilustracji do Bóg jeden wie czego i notowanych z pilnością godną lepszej sprawy tombakowych myśli?

Na studiach wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, nie ma o czym mówić. Jedno mi tylko zostało: taka myśl nieśmiała, żeby jakiś specjalny zeszyt trzymać w zapasie na te właśnie co bystrzejsze, co trafniejsze słowa. Przez trzy lata służyły mi do tego kalendarze (jeden z nich, czerwony cienki moleskin pełen jest notatek do Tej Pierwszej Książki, towarzyszy mu zapisany na pięciu może stroniczkach dziennik z Conradem na okładce – konieczny był liniuszek! – którego nie otworzyłam od półtora roku, bo nie wiem, czy chcę już wracać myślami do wówczas, i całkiem pusty czarny notes z Małym Księciem, którego na wszystko szkoda). I tak pomyślałam w weekend, jak już przyszło do myślenia na ten temat, że oto już połowa roku mija, a ja nie mam takiego zeszytu.

Jest pewna perwesja w prowadzeniu dziennika intymnego w blogowym serwisie. (Nie, to nie to, co przyszło wam do głowy, to tylko nazwa gatunku, a że nie chodzi o tutejsze zwierzenia, to się na pewno domyśliliście). A jednak są tam wpisy tak kipiące od wyrażonych jednym bez cenzury zdaniem emocji, że mija wiele miesięcy nim mogę je w ogóle otworzyć. Cały legion mam notatek w aplikacji ze słoniem, nieruszanych, pojedynczych myśli, okruchów złapanych przypadkiem w tramwaju, w pół rozmowy, w ciemnym kącie cudzego domu – notowanych z literówkami między rozmowami, w krótkich chwilach przerwy w biegu dalej, nigdy nie przejrzanych. Wbijanych z płaskiej jak szkło klawiatury.

Złapałam się ostatnio na tym, że w torebce nie miałam ze sobą nawet długopisu.

(Poniżej od 3:45 do 4:10.)

Inspiracją był dla mnie ulubiony mój rysownik, znakomity Marc Johns, który sam robi sobie szkicowniki (i ma powód).