Bending over backwards

Piszę pracę.

Dobry Boże, naprawdę ją piszę. To nie jest tak, że tylko o niej gadam. Nie robię zamiast niej swetra na przyszłą zimę, nie przesypiam całych dni. Zaplanowałam sobie to pisanie i zajmuję się nim w miarę według planu! Pierwszy raz od początku studiów. Tak bardzo chciałabym już mieć ją za sobą.

Trudna ta okoliczność: nie mam wyjścia, muszę pisać. Wisi nade mną konieczność już bez mała trzeci rok, już nie mogę jej dłużej znosić, nie wiem zresztą, jak mi się udało z tym pisaniem żyć tak długo. Odwraca to moją uwagę od innych rzeczy: nie mogę skupiać się na projektach tak, jak bym tego chciała, dużo rzeczy mi przez to umyka i naprawiam je po fakcie (muszę na przykład do naczelnienia portalowi jeszcze sporo dorosnąć). Ciągle mam wrażenie, że robiąc cokolwiek innego niewybaczalnie marnuję czas.

Byłam na konferencji, spotkałam grupę branżowych znajomych; brak tytułu przed moim nazwiskiem spowodował pewne zainteresowanie i trochę dowcipkowania. Rozmawiałam z ludźmi, którzy łączyli kończenie studiów i pracę na pełen etat;  zmierzono mnie, bo na okoliczność magistrzerzenia przeszłam na pracę zdalną i nie bywam w biurze, skupiona na pisaniu. Staram się trzymać pieczę nad powołanym do życia dwa miesiące temu portalem – opublikowaliśmy w tym czasie prawie 150 tekstów, przeprowadziliśmy festiwal, zachęciliśmy do współudziału dziewięciu autorów gościnnych, nawiązaliśmy współpracę z magazynem, w jakimś stopniu podobno jesteśmy nawet, jak mi donoszą, satyrycznie imitowani…! – i ciągle słyszę, że robię w tym trzymaniu pieczy coś nie tak, nawet kiedy raz po raz przełykam dumę i staję na głowie, żeby wszystkich zadowolić.

To wszystko jest w twojej głowie.

To też mi mówiono, tak też przekonywałam samą siebie. Stawiasz sobie poprzeczkę za wysoko, strofowałam się w myślach. Cut yourself some slack. I tak doprowadzałam się do porządku – tylko po to, żeby spotkać się za chwilę z kimś i usłyszeć na swój temat różne opinie, i znów zacząć się zastanawiać, bo przecież skoro ktoś dla mnie ważny tak uważa, to być może w moim rozumowaniu jest jakaś luka? Więc może jednak problemem nie jest moja głowa?

Hej, poszłam do szkoły rok wcześniej, prawie dwa lata. Hej, do Londynu pojechałam odpocząć po dwóch latach sporych projektów robionych czasem w małym zespole, czasem wręcz w pojedynkę. Przedłużyłam sobie więc studia o rok – jak bardzo wielu moich znajomych, jak bardzo wielu normalnych studentów – i wreszcie, pierwszy raz w życiu jestem na moim roku.

Hej, nie umiem łączyć pracy i nauki, jestem po jednym lub po drugim zbyt zmęczona, żeby się porządnie zająć innymi sprawami. Nie wiem więc, czemu miałabym to robić, jeśli jestem w stanie tak ułożyć moje sprawy, żeby móc pracować w odpowiadający mi sposób. Lubię spać osiem godzin dziennie (nawet w paczkach 2×4 w dziwnych momentach dnia), lubię móc zrobić sobie półgodzinną przerwę na kawę, wbrew pozorom wcale nie przepadam za gonieniem w piętkę.

Hej, to mój pierwszy raz w roli szefa niezależnego projektu, to mój pierwszy raz w roli szefa portalu (zero dziennikarskich doświadczeń), to pierwszy raz, kiedy pracuję z tą właśnie grupą znajomych (i uczę się przy tym nowych rzeczy w każdej sekundzie). Wiecie, że ewaluacja projektu nigdy się nie kończy? Cały czas mam zapuszczony w tle ten proces, cały czas się zastanawiam, jak to usprawnić, jakie szablony, jakie instrukcje przygotować, co jeszcze wyjaśnić, czego nauczyć, kiedy odpuścić. Kto nie popełnia błędów, ten się nie uczy (tak sobie będę mówić).

Z innej strony, a podobnie: nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi.

Nie wiem, chyba przyzwyczaiłam otoczenie do uznawania mnie za nieomylną (seriously, czasem mnie to przeraża, nie róbcie tak) – przepraszam, że mam taki ton głosu, a nie inny, ale jeśli nie mam racji, to jej nie mam. Chyba przyzwyczaiłam wszystkich do zgrywania superbohatera na granicy męczennika – przepraszam, że angażuję się w to, co robię i że pracuję w dziwnych godzinach nad wieloma rzeczami jednocześnie (short attention span). Do czego jeszcze przyzwyczaiłam otaczających mnie ludzi – nie wiem i, frankly, my dears, I don’t give a damn. Naprawdę się od was nie różnię.

Hej więc, moje złotka, którym zdaje się, że macie prawo mnie oceniać, twierdzić, że nie umiem decydować o własnym życiu i że wolno wam wywierać na mnie presję:

fuckoff

  • Rae Imogen Prescott

    Where is the „like” button? (panic mode on).

    • Aldonna Pikul

      Here: *like*!

  • Przemek Zańko

    Mhm, trochę przyzwyczaiłaś, takie mam wrażenie.
    Dobrze było przeczytać twój punkt widzenia, zwłaszcza, że też do wywierających presję należałem/należę. A nie zawsze to jest takie czytelne, z zewnątrz słabo widać.