May the odds be ever in your favor (Hunger Games)

Był niedawno taki czas, że tak ze dwa razy w tygodniu oglądałam coś w kinie. A że nie potrafię i bardzo nie lubię spóźniać się do kina, siedzę zawsze grzecznie przez całe pasmo reklamowe, ostatnio umilając sobie czas liczeniem stężenia trailerów w poszczególnych kinach. I w którymś momencie – było to chyba Django – dotarło do mnie, przez wypowiedź chyba Piotra, której teraz nie przywołam, że z jakiegoś powodu powinnam doskonale znać Jennifer Lawrence.

Zajrzałam od razu więc w głąb mojej pamięci i pokręciłam gdzieś powoli wewnętrznie głową. Jasne, obiło mi się nazwisko o uszy, przecież śledzę nominacje do Oscarów. Ale cóż z tego, skoro nie umiem jej umiejscowić, widzę tylko okrągłą buźkę i już (było moje szukanie jej przed tegoroczną ceremonią, o tym zresztą może za chwilę). IMDB, zamiast pomóc, tylko mnie jeszcze bardziej skonfudowało: zapamiętanie aktorki, która wciela się (hehe) w Mystique byłoby niezłym wyczynem, skąd więc miałabym ją niby znać?

Mystique ("X-MEN First Class")
No popatrzcie. Kto by poznał?

Przy okazji przeglądania IMDB przypomniałam sobie, że miałam zobaczyć Winter’s Bone już sto lat temu. Ale czeka na mnie ciągle, bo zamiast tego napatoczyły mi się wcześniej Igrzyska Śmierci, które wrzuciłam już kiedyś do jednego worka z Twilight i planowałam zobaczyć w chwili potrzeby odmóżdżenia wyłącznie w celach uzupełniania wiedzy o stanie popkultury (tak właśnie, tak to sobie będę tłumaczyć i nic nikomu do tego).

W chorobie brakło mi sił na cokolwiek ambitniejszego, a miałam już dość seriali, więc w ramach odpoczynku włączyłam epicką ponoć opowieść o Katniss Everdeen, z uwagą obserwując zwłaszcza jej warkocze, którym tyle miejsca poświęcają kanały na YouTubie, usiłujące z różnym skutkiem odtworzyć fryzurę bohaterki. Sama historia – chociaż może powinnam się spodziewać czegoś podobnego po czymś, co w nazwie ma „igrzyska” – zaskoczyła mnie jednak swoją brutalnością.

Streszczając realia: świat, w którym jesteśmy, to Ziemia w przyszłości. Tak, to lekkie science fiction, ale jedno z tych, gdzie ten element raczej służy ułatwieniu autorce życia przez wyeliminowanie konieczności wyjaśniania niektórych rzeczy i zastąpieniu ich przez argument „bo to przyszłość”, jeśli ktoś jest bardzo uparty w zadawaniu pytań. Miejsce akcji to dawne Stany Zjednoczone, teraz skurczone do państwa Panem, na które składa się dwanaście Dystryktów i stolica: Kapitol (mhm). Bieda i totalitarny charakter panującego ustroju wywołały rebelię wśród zamieszkujących dystrykty, krwawo przez Kapitol stłumioną. Ponieważ przed kolejną rebelią chroni tylko utrzymanie terroru, zupełnie zniszczono Dystrykt Trzynasty, którego zgliszcza służą za przypomnienie siły stolicy; na pamiątkę wydarzeń ustanowiono zaś doroczne tytułowe Igrzyska, do których każdy dystrykt wystawia dwójkę uczestników, chłopca i dziewczynę, oboje wylosowanych spośród wszystkich chłopców i dziewcząt w wieku od 12 do 18 lat zamieszkujących dystrykt. Wrzuceni na wspólną arenę trybutowie wyrzynają się nawzajem póki nie zostanie jeden Zwycięzca, nagradzany dożywotnią pensją i wystawnym domem w odrębnej dzielnicy dystryktu. Całe wydarzenie, prowadzone w formie reality show, śledzą w telewizji i na telebimach zmuszeni prawem wszyscy mieszkańcy Panem.

Elizabeth Banks. Jezusie, w życiu bym jej nie poznała.

Film oglądałam trochę piąte przez dziesiąte, ale to głównie dlatego, że nie do końca wiedziałam, co się na tym cholernym ekranie dzieje. Dlaczego to jest okej, że główna bohaterka spędza jedną trzecią filmu śpiąc na drzewie? Zrywa kwiatki i urządza para-pogrzeb albo może sobie pozwolić na siedzenie i płacz przez parę długich scen, skoro wszyscy dookoła na nią polują? Czemu zmienia zdanie ze sceny na scenę? Co do cholery dzieje się w jej głowie, przecież te decyzje nie są motywowane niczym zewnętrznym, więc na pewno ma nierówno pod sufitem, tylko my o tym nie wiemy. Basically:

Ale potem zaczęłam czytać komentarze na IMDB i coś mnie tknęło. Przecież to ekranizacja książki, która podobno nie jest taka zła. Jasne, Zmierzch też czytały miliony i o niczym to nie świadczy, ale jednak pomyślałam, że chciałabym wiedzieć, czy Jennifer będzie się kiedyś tego filmu wstydzić, czy jednak nie. Zresztą, nawet zanim przeczytałam pierwsze opinie na forach IMDB, skomentowałam przecież siostrze Igrzyska jako produkcję, której twórcy stwierdzili, że skoro cały rozwój postaci i wyjaśnienie motywacji kogokolwiek i czegokolwiek dzieje się w książce, to oni nie muszą już tego pokazywać. Więc kiedy sięgnęłam po lekturę, to już w początkowych rozdziałach zaliczyłam pierwszą reakcję „aaa, to dlategoo”, co było moją stałą reakcją już do końca książki. Do ostatniego cholernego akapitu.

Główna bohaterka jest w zasadzie okropną Mary Sue. Mamy w tej snutej przez nią opowieści wszystko: pierwszosobową narrację, dużą introwertyczność, zawsze właściwe instynkty i świat naginający się do jej potrzeb, a do kompletu niezbyt znaczące, a urocze wady (których zawsze jest całkowicie świadoma i nazywa je dla czytelnika, żeby sobie nie myślał), czasem zawahania (ale klnie w myślach, więc czytelnik wie, że ona wie, gdzie popełniła błąd i że nauczy się! i już tak więcej nie zrobi, przecież jest najbystrzejsza z nich wszystkich), ale na końcu miłość (a nawet jej nadmiar, bo jest modnie rozdarta między dwiema opcjami). Można by pomyśleć, że nie ma wyjścia, musi doprowadzać do szału.

No patrzcie tylko na te oczka, na te rumiane policzki.
No patrzcie tylko na te wszechwiedzące oczka, na te uróżowione policzki.

I sama nie wiem, jak to się dzieje, że jakoś nie doprowadza. Może dlatego, że gdyby nie jej ponadprzeciętna samoświadomość i zrozumienie świata połączone z potrzebą wyjaśnienia wszystkiego czytelnikowi, nie miałabym poszukiwanej, oczekiwanej radości z A-ha! Moments? Jedna rzecz mnie tylko drażni: ja wiem, że young adult fiction i że rządzi się własnymi prawami. Ale jakieś drobne pole do intepretacji – szczególnie tła – mogłoby jednak zostać, tymczasem każdy wniosek, który czytelnik może sam mógłby wyciągnąć z wydarzeń musi być za każdym razem głośno i dokładnie wyjaśniony przez bohaterkę. Zawsze. A ja lubię wpadać na interpretacje sama, więc trochę nie dla mnie taki styl, no ale dobrze, przeboleję. Przynajmniej mam potwierdzenie czarno na białym, że prawidłowo interpretuję [/polonistyczny insajd dżołk].

Stephen King napisał o tej książce, że to niesamowite czytadło i że sam nie mógł tego odłożyć. Dobry Boże, to mało powiedziane. Napięcie w tej historii po prostu nie opada (do ostatniej kropki). Aż kręciłam głową sama na siebie wczoraj, bo przecież wiem, co będzie dalej, a i tak siedzę i gryzę paznokcie; w pracy Kindle leży na biurku i cały dzień mam je w zasięgu wzroku, bo paluchy swędzą, żeby po nie sięgnąć i jakoś nie mogę go wrzucić do torebki. Przejechałam przez tę książkę wczoraj przystanek. Nie zdarzyło mi się to już od tak dawna! Nie wiem, co w tym tekście takiego, ale oto przyznaję się do słabości wszem i wobec. I wiem też wreszcie, wreszcie!, że mniej więcej połowa zarzutów z Everything wrong with the Hunger Games in 3 minutes or less wynika z tego, że to rzeczywiście wszystko jest wyjaśnione w książce.

Niedobry jest więc ten film z Jennifer Lawrence, w ten sam sposób niedobry, w jaki większość części Harry’ego Pottera. Ekranizacja najwyraźniej nie może polegać tylko na tym, że jak będzie słowo za słowem z książki, to jakoś to będzie. To jest w sumie w Igrzyskach śmierci zabawne: niby akcja idzie dokładnie tak, jak ma iść, niby nie można powiedzieć, że nie jest to wszystko wierne literze powieści – a jednak scenarzyści ujmują dokładnie tych szczegółów, dokładnie tych małych wypowiedzi, małych gestów, które nadają akcjom bohaterów sens. I wychodzi z tego obrazek, w którym gumką losowo wymazano szczegóły, niby widać po konturach, o co chodzi, ale nie do końca. Nie miałam na przykład najmniejszego pojęcia, jakiego rodzaju relacja jest między Katniss i Peetą (a to bodaj najważniejsza sprawa w tej całej historii!), póki nie zobaczyłam tego w książce, ale rozumiem, że trudno jest zekranizować czyjeś myśli bez głosu z offu…

ETA: Oczywiście, Anita Saarkesian podsumowała to lepiej niż mi by się chciało ;)

Tymczasem na koniec może faktycznie wrócę do Jennifer Lawrence i jej wystąpienia na Oscarach. Nie wiem już, na jakiej podstawie kibicowałam jej w jej kategorii (bo powiedzieć, że na podstawie trailera Silver Linings Playbook, jakkolwiek wiele razy bym go nie widziała, to jednak trochę słabo), ale cieszę się, że tak było, bo są szanse, że w przeciwnym wypadku nigdy nie trafiłabym na jej przeurocze wywiady post-Oscarowe. I tak oto koniec końców uwielbiłam aktorkę nie za jej role na ekranie, ale za to, że straszył ją Jack Nicholson w ciemnych okularach. I za ten gest do dziennikarzy:

Jennifer Lawrence

  • stercz

    Co do Winter’s Bone, to ja generalnie nie polecam. Jennifer Lawrence gra tam rewelacyjnie, ale na filmie i tak strasznie się męczyłem, bo jest zupełnie jak Polski Film o Patologicznych Środowiskach, tylko zamiast pijaków z Wałbrzycha, Górnego Śląska czy Pragi mamy tam rednecków z Luizjany czy Arkansas czy innego amerykańskiego zadupia. Generalnie jest taki zupełnie bez wytchnienia, a ja mam niską tolerancję na tego typu kino.

    Samo Hunger Games odebrałem zupełnie inaczej. Z jakiegoś powodu nie widziałem tam większych nielogiczności, może dlatego, że poddałem się trochę logice reality show, która jest tam ciekawie zainscenizowana, a może po prostu sobie jakoś wyjątkowo skutecznie skonkretyzowałem i powypełniałem miejsca niedookreślone [/polonistyczny insajd dżołk] na własną rękę. Nie potrzebowałem na przykład za bardzo dodatkowych informacji do relacji między Katniss a Peetą. I uważam też, że film świetnie steruje napięciem – sceny przy Cornucopii są jak standoffy u Tarantino (tylko bardziej na poważnie).
    Film do tego bardzo podoba mi się wizualnie. Ten świat jest, zgoda, zupełnie niewiarygodny, ale dobrze się na niego patrzy.

    Przy czym ja nie mam ochoty czytać książki. To może mało typowa reakcja, ale po prostu wydaje mi się, że czytanie o emocjach (nieuniknione w perspektywie pierwszoosobowej) zepsułoby mi odbiór reszty. I obawiam się, że następne części już nie będą mi się podobać, bo zacznie się w ogóle nie interesująca mnie relationship drama (te przeciągłe spojrzenia pod koniec filmu…).

    O, proszę, udało mi się sklecić całą sensowną wypowiedź bez fanbojstwa JLaw! ;-)

    • Aldonna Pikul

      Mnie lektura dopełniła tego, czego brakowało mi w filmie (mimo prób konkretyzacji, sorry) i dzięki temu nie myślę już o nim w tak prześmiewczych kategoriach. Myślę sobie, że gdyby był taki beznadziejny, to nie zainteresowałaby mnie książka. Różni ludzie, różne potrzeby, I guess.
      Natomiast narracja Katniss nie jest tak emocjonalna, jak można by się spodziewać po szesnastce. Jej opisy są przede wszystkim logiczne i uporządkowane, zresztą typ osobowości (survival master + strateg) nie pozostawia jej miejsca na innego rodzaju wypowiedzi.

      Książka przede wszystkim uzupełnia całą warstwę związaną z rozwojem pozostałych postaci. Peeta jest tego bardzo dobrym przykładem: w powieści do samego końca ani Katniss, ani czytelnik nie wie, jaka jest jego strategia czy prawdziwa intencja (choć ciekawszym problemem jest to, czy w ogóle jest możliwa w tym świecie – w każdym świecie? – „prawdziwa intencja”). W tym akurat punkcie zgadzam się z zarzutem z YT, „Death montage shows how unimportant these characters are”. Sęk w tym, że o ile część bohaterów jest oczywiście nieważna (igrzyska, duh), o tyle nie można tego powiedzieć o wszystkich.

      Obraz reality show w książce jest też jak dla mnie ciekawszy niż w filmie. Raz, shaking camera karma, dżizas (musiałam to powiedzieć). Dwa, przy konswekwentnej pierwszosobowej narracji nie ma oczywiście przebitek na reżyserujących show – wszystko, co wiadomo o tym, co jest reżyserowane, a co nie, to przypuszczenia Katniss wynikające z lat oglądania igrzysk i jakichś jej wniosków na ten temat. Nie ma też wygodnego przesyłania wiadomości przez Haymitcha (jasne, wiem, że pewne rzeczy kręci się łatwiej, a pewnych rzeczy nakręcić się może nawet nie da), ale o wiele ciekawsze obserwowanie, jak Katniss zgaduje, co zarządzane przez niego prezenty mogą znaczyć (i też nie wiedziałam oglądając, dlaczego było tyle szumu o sponsorów, skoro wszystkie przesyłki są od niego; to książka mi powiedziała, jak jest rola mentora w całej inscenizacji – nie satysfakcjonują mnie, niestety, własne argumenty z gatunku „A, to pewnie jest tak, że…”). Czytanie, jak kontroluje swoje zachowania, bo bez przerwy analizuje, kiedy może jej poświęcany czas ekranowy albo szacuje, jakie słowa, miny i jakie decyzje przyniosą jej większą korzyść (albo mniej szkody) nie ze względu na prosto rozumiane przetrwanie na arenie, ale przez przyciągnięcie uwagi widzów i sponsorów (co sprowadzi się do przetrwania na arenie).

      Nie idzie mi nawet o wzbogacanie charakteru głównej bohaterki, bo to nie to jest w całych Igrzyskach śmierci najciekawsze. To świat, a którym wszyscy mieszkańcy potrafią myśleć kategoriami reality show i przewidzieć, jaki będzie następny ruch predatorów, bo na dobrą sprawę sami zawsze byli i są zwierzyną. W którym każdy ma jakieś survival skills nie dlatego, że nauczył się ich w czasie treningu, ale dlatego, że skoro dożył do udziału w igrzyskach, to musi jakieś mieć. Z tego świata nie ma ucieczki (i tu też pomniejsze wątki służą ilustracji). Film dał mi przedsmak tego, co rozwija książka i cieszę się, że ją przeczytałam.