Alter emo ego

Zagrałam dziś w grę.

Czarne tło, jedno (jedyne) zdjęcie. Cała gra jest tekstowa: na początku padają pytania, na które gracz odpowiada „prawda” lub „fałsz” – w ten sposób ustalany jest jakiś punkt wyjściowy w postaci osobowości bohatera (lub bohaterki). Akcja zaczyna się w chwili narodzin, bo gra jest symulacją życia. Podzielonego oczywiście na kolejne etapy (niemowlęctwo, dzieciństwo, burzliwa młodość itd.), których przejście polega na wybieraniu kolejnych (lub nie – nie ma przymusu linearności akcji w ramach etapu) zdarzeń i reagowaniu na nie. Podejmowane decyzje wpływają na rozwój postaci w postaci przyrostu lub utraty punktów w ramach cech. Co jakiś czas gracza spotykają sytuacje losowe, na które nie ma wpływu i na które czasem może zareagować, a czasem pozostaje mu po prostu przyjąć je do wiadomości.

linia

Do pierwszego etapu podeszłam metodycznie. Idąc za zasugerowaną linią, grzecznie rozwiązywałam sytuację za sytuacją, sprawdzając tylko co jakiś czas, ile jeszcze zostało do końca etapu. Plansza informująca mnie, że okres niemowlęctwa już za mną była zaskoczeniem: przecież nie zdążyłam przejść wszystkich sytuacji! Co, jeśli nie zdobyłam maksymalnej liczby punktów?

Kolejne etapy wydawały się trwać coraz krócej. Nowe białe ikony pojawiały się po lewej i po prawej stronie. Pierwsza praca, pierwszy związek, próbowanie życia, studia, małżeństwo, dzieci. Nim się obejrzałam, byłam już w ostatnim etapie, gdzie nagle na ekranie zaczęły przeważać ikony związane ze zdrowiem, klikanie w ikonę „dziecko” nie miało już sensu, z historii zniknął gdzieś mąż (zresztą – niewierny). W tym etapie spokojnie można przejść każdą z sytuacji: czas już nie goni, a koniec następuje w momencie, gdy samemu spojrzy się w stronę zachodzącego słońca. W rzeczywistości percypujemy nasz czas chyba bardzo podobnie.

koniec

Słaby ze mnie gracz. Rozgrywka obiecuje sprawdzenie, czy życie potoczyłoby się inaczej, gdyby w przeszłości podjęło się inne decyzje. Tytuł gry sugeruje, że można posmakować dzięki niej bycia kimś zupełnie innym. Tymczasem ja skończyłam wybierając – w pośpiechu, z nieuwagi, bo robiłam tysiąc rzeczy naraz? – odpowiedzi bliskie temu, co sama bym zrobiła, powiedziała. Koniec końców gra zadziałała jak bardzo klarowna szklana kula: i to, co w niej zobaczyłam, przeraziło mnie.

Jest tyle rzeczy, których w sobie kiedyś nie lubiłam. Tyle zmian, na które pracowałam. I pozorny sukces – który wtrącił mnie w drugą skrajność. Tak źle, tak niedobrze. Co za różnica? Skoro rezultat taki sam, to chyba na dobrą sprawę nic się nie zmieniło? Zmiana decyzji podejmowanych w przeszłości nie miała wpływu na zakończenie. Alternatywna tożsamość nie istnieje, bo wszystko siedzi w mojej głowie: przecież skoro wybieram takie odpowiedzi, to znaczy, że jest jakaś część mnie, która chce je wybrać, nawet, jeśli pod przykrywką alternatywnej rzeczywistości. Czas płynie za szybko.

Trzeba się było nie wychylać, myślę. Mógłby mnie ktoś wrócić do 2004 roku, jedno asertywne „nie” i wszystko byłoby inaczej. See what I did there?

  • Przemek Zańko

    W pierwszej rozgrywce, nie zdając sobie z tego sprawy, podjąłem wszystkie decyzje dokładnie tak samo, jak wydarzyły się/wydarzyłyby się w moim życiu naprawdę. Bo najłatwiej się wybiera to, co już znane, a najtrudniej spróbować inaczej.
    Może pora zmienić metodę?

    • Aldonna Pikul

      Między jedną a drugą rozgrywką nie było różnicy.

    • Przemek Zańko

      Czyli problem nie leży w decyzjach, które podejmujesz, tylko w sposobie grania. I w celu gry. Dla mnie rozgrywka trwała (subiektywnie) długo, na każdym etapie czułem, że mam mnóstwo czasu, by robić różne rzeczy. Inna rzecz, że nie nazbierałem żadnych zasobów – ale ja w sumie w nic nie gram dla punktów.