La fièvre misérable (Les Misérables)

Mon Dieu, a już myślałam, że ten tekst nigdy nie powstanie.

Najpierw prześledziłam w mailach historię (z datami) moich pierwszych spotkań z inscenizacją (jak i powodów, dla których nie zobaczyłam w swoim czasie wersji na West Endzie), po czym poczułam potrzebę przesłuchania wiele razy soundtracku, najpierw tego rocznicowego, potem filmowego, i obejrzenia wielu klipów na YT, później sięgnęłam wreszcie po słabą kopię książki z chomika (nie wyjdę przecież do biblioteki, mam 39 stopni gorączki) i przeczytałam pierwszych sto stron, żeby dojść do wniosku, że podejście do tej recenzji (czy jak to nazwać) nie będzie miało sensu, jeśli nie obejrzę filmu jeszcze raz, a nim go obejrzę – jeśli nie przeczytam całej książki.

aarontveit.tumblr
aarontveit.tumblr

Szaleństwo! A jaki w tym sens? Bo tymczasem zmęczył mnie mój własny styl.

Łatwo i do łez wzruszam się na filmach, natomiast prawie nigdy nie rusza mnie tak teatr. Musicale muszą być jakimś czarnoksięskim wyjątkiem od reguły, bo poryczałam się jak bóbr słuchając w Romie Edyty Krzemień w Wyśniłam sen, porywające wykonanie Słuchaj, kiedy śpiewa lud (youtube nie oddaje, oczywisty disclaimer).Przywiązałam się do spektaklu bardzo emocjonalnie. Moje oczekiwania wobec ekranizacji były olbrzymie, a przez to podszyte nieufnością (więc wmawiałam sobie, że tak naprawdę idę do kina patrzeć na Greenwich, w końcu niemałą część filmu kręcili na moim kampusie w czasie przerwy wielkanocnej).

Tymczasem minęły już dwa tygodnie odkąd widziałam Les Miz w kinie z dziewczętami i prawdę wam powiem, że nie chce mi się już dłużej myśleć na ten temat i deliberować, co właściwie powinnam napisać, jak przekonywać do tego, co tam sobie sądzę i uważam. Boże, po co, przecież podobno nie wierzę w obiektywne oceny, a sprawa jest w mojej głowie taka banalna, że doprawdy nie ma się nad czym tu doktoryzować.

No to w skrócie: obawy były niepotrzebne, Anne dała sobie radę wokalnie, a jej przedramatyzowane wykonanie wpisało się w naturalistyczną konwencję (a przynajmniej ja to kupuję). Ogromnie podobały mi się zdjęcia (nie ma nic gorszego niż film, w którym nie pasuje praca kamery, wtedy coś człowieka cały sens gniecie, niepokoi, a na koniec na dobrą sprawę nie wiadomo, kto jest tej niechęci winien; w zasadzie dość to podobne do niedobrej typografii; przykład z ostatnich moich seansów: The Hunger Games). Słuchałam całości po raz naprawdę nie mam pojęcia, który (kazus zapętlania soundtracku co jakiś czas) i wciąż czerpałam z tego tyle radości, co zawsze. A do tego kampus <3.

idreamedalittlefallofrain.tumblr
idreamedalittlefallofrain.tumblr

Jedyna rola, która nie została obsadzona zbyt dobrze (i każdemu, kto mnie pytał o zdanie na temat Nędzników już o tym mówiłam, wybaczcie powtarzanie się), to Javert (Russel Crowe), który głosem nie mógł się mierzyć z Jeanem Valjeanem (Hugh Jackmanem), a bez tego ich kluczowy dla fabuły konflikt nie miał szans właściwie się rozegrać – nie w filmie, w którym nie ma w zasadzie kwestii, które nie są śpiewane. W spektaklu walka na głosy między Januszem Krucińskim (Valjean) i Łukaszem Dziedzicem (Javert) zwalała z nóg, napięcie było gigantyczne, a scena samobójstwa Javerta – przejmująca. Ciary. Jasne, znam argument powtarzany przez różne internetowe serwisy: to, co działało na scenie, nie mogło działać w kinie. Ale czy domaganie się, żeby Javert, nie jakaś tam trzecioplanowa postać, którą można sobie odpuścić, ale nemezis głównego bohatera mógł mierzyć się z nim wokalnie jest naprawdę aż tak szalone? Javertowi Crowe’a zwyczajnie nie wierzę, kiedy rzuca groźby Valjeanowi, bo widzę (słyszę?) już na pierwszy rzut oka (ucha? …wait), że są puste; już pierwszy ich duet brzmi rozczarowująco, bo Russel śpiewa w jakiś taki sposób, że mam wrażenie, jakby jego głos miał się zaraz załamać. Albo w The Confrontation: zero triumfu, zero pogardy, zero ironii nawet w głosie Russela, kiedy wypowiada słowa „Monsieur le maire”! Wszystko detale, jasne, ale składają się na zgrzyt, na który trudno przymknąć oko.

russell-crowe-les-miserables-oscar-sing-happy-birthday-ecards-someecards

No posłuchajcie, on brzmi jak słaby, ale w gruncie rzeczy dobry i łagodny nawet człowiek. Przecież to przeciwieństwo charakterystyki Javerta: nie idzie o to, czy był dobry, nim rządzi imperatyw moralny (czy po scenie z gwiazdami naprawdę muszę to jeszcze pisać wprost?); nie był też z natury słaby (przeciwnie! przecież wyższość Javerta nad Valjeanem ma wypływać z tego, że choć pochodzą z tego samego rynsztoka, Javert siłą swojego charakteru wypracował sobie szacunek, w jego oczach Valjean nie był dość silny i dlatego zasługuje na karę), a jego ostateczna słabość wynikała z iście klasycznego tragizmu. Fascynująca historia! Tymczasem w wykonanej przez Crowe pieśni mam wrażenie, że w sumie jego Javert czuje ulgę z takiego obrotu sytuacji… Nie przypomina człowieka, który poprzysięga na gwiazdy, że dopnie celu i usiecze Valjeana w imię imperatywu, nie oglądając się na nic.

(Aczkolwiek po paru godzinach przesłuchiwania różnych wykonań na YT przeczuwam, że i ta opinia we mnie z czasem zmięknie (jak mogę nie lubić czegoś w temacie Les Miz?!), bo już teraz nie jest tak kategoryczna, jak zaraz po wyjściu z kina. Argument za tym, żeby pisać recenzje zaraz po obejrzeniu czegoś? Być może. Tymczasem zobaczcie sobie, jak to wyglądało w Warszawie, a ja sprawdzę ceny biletów do Londynu na produkcję na West Endzie.)

Czy wspomniałam już wcześniej, że film ogromnie mi się podobał?

  • Ina

    Ja z kolei powtarzałam już kilkakrotnie opinię, że w wypadku takiej produkcji mamy do czynienia z kompromisem pomiędzy zatrudnieniem znanych, hollywoodzkich aktorów a zatrudnieniem ludzi, którzy potrafią śpiewać. W wypadku Anne się udało (byłam bardzo pozytywnie zaskoczona), w wypadku Russella – właściwie się z Tobą zgadzam. Miałam niejednokrotnie wrażenie, że aktor śpiewa na granicy swoich możliwości, że już, zaraz, w następnej sylabie wywróci się epicko i zaskrzeczy niemiłosiernie.

    I właśnie ta nieumiejętność śpiewania najbardziej przeszkadzała mi w filmie, który pod innymi względami bardzo mi się podobał. Zwykle moją sympatię do musicali tłumaczę krótkim attention span. Nie potrafię oglądać długich filmów, bo się nudzę. Przerywniki muzyczne pozwalają mi utrzymać uwagę.

    • Aldonna

      Pociesza mnie, że ktoś ma podobne zdanie do mnie :-) Właśnie podobnie odebrałam Russela: balansujący na granicy swojej możliwości. Największy zgrzyt mam w tym, jak bardzo kontrastuje to z Javertem, którego znam ze spektakli: silnym, godnym przeciwnikiem Valjeana. Wszystko (w przeciwieństwie chyba do Asi ;)) potrafię w tym obrazie przeboleć i nawet zanadto się nie przejąć – ale tej jednej rzeczy nie :(.
      (A poza tym Twój komentarz zmobilizował mnie do liftingu tego tekstu i lepszego wyjaśnienia, o co dokładnie chodziło mi z Javertem, dzięki :))