A, to musi odbywać się tak, by naród mógł się bawić!

Nawet napisanie tej recenzji zajęło mi ponad tydzień. Ewentualne nieścisłości czasowe pozostawiam zatem intencjonalnie.

Wrzuciłam w Google jedno zapytanie. Potem drugie. Trzecie, czwarte i nic. Nie zna mój Google recenzji tego szumnie zapowiadanego spektaklu. Może to znak, żebym się nie interesowała cudzym zdaniem, zanim nie zapiszę swojego. A może znowu zawiodła filter bubble. Albo po prostu świat nie wie, co powiedzieć.

Bo nie wiem, jak świat, ale ja, drodzy moi, byłam w sobotni wieczór w Teatrze STU wyczerpana.

wyzwolenie

Pamiętam, że kiedyś już czułam się tak zmęczona teatrem i był to Kupiec Reja w inscenizacji Zadary w Starym, ale to była wina staropolskiego wiersza i języka, którego pomimo (a może właśnie z racji) mej specjalizacji na studiach znieść nie mogłam. To może i w STU winny był wszystkiemu tylko nieprzystępny język?

Ale przecież Wyspiański nie jest ciężkostrawny (nie aż tak; nie tak go wspominam, nie tak go pamiętam). Siedziałam na tej widowni pięć lat po tym, jak ostatni raz poważnie interesowałam się teatrem i myślałam sobie: zalatuje mi to romantyczną frazą i zdaje mi się, że musiał to być wmieszany Mickiewicz, Słowacki, ktokolwiek taki, cholera wie, synapsy mi się topią w jedną biało-czerwoną masę w tej duchocie od dymu i przestaję rozpoznawać nie tylko cytaty, ale i głos Treli, bo że to on głosi frazy z offu zorientowałam się podczas finalnej sceny. A jednak był to Wyspiański, ale musiałam sięgnąć do tekstu następnego dnia dopiero, żeby to odkryć i się zaskoczyć (jakiż mózg człowieka szkołą sformatowany, że jak Wyspiański, to się myśli Wesele, więc wszystko Wyspiańskiego przecież takim Weselnym wierszem musi brzmieć, nie?). Nie da się tak o, słuchając, wyłuszczyć z tych tekstów sensu, nie da się – a może ja nie mogę – pojąć, o co w zasadzie chodzi. A wiem przecież podobno, co to takiego to Wyzwolenie (i wcale mi ta wiedza nie pomaga), umiałam mówić o tym przez pół godziny do siostry dzisiaj, która nie czytała (to o czym właściwie mówiłam?).

Co się dzieje na tej scenie? Dużo świateł, dymu (ludzie kaszlą), płonie pochodnia (drżę, że się zaraz ktoś podpali całkiem nie na niby), walą w gong bez opamiętania, co rusz; ktoś zwisa z sufitu, ktoś wskakuje w zapadnię, można by rzec: przegląd możliwości przestrzeni i maszynerii teatru (i to akurat może i ma w kontekście wyzwolin jakiś sens). Aktorów można rozróżnić po wysokości koturnów, w jakich kroczą dość ostrożnie, żeby nie przydepnąć sobie sutanny czy szlacheckiego kontusza (nie wiem, co ta czarna szata wierzchnia noszona przez Maski przypominała bardziej; wykorzystywana była dwojako, więc pewnie bez sensu się zastanawiam, szalej, alegorio prosta). Konrad ma but płaski, z miękkiej skóry. To na pewno znaczy, to tylko ja już nie mam siły.

Całe szczęście, że śpiewają na tej scenie! Intermedium piosenkowe zawsze w cenie, a jeszcze jak wyświetlą na ścianach tekst, to można śpiewać z aktorami, więc już captatio benevolentiae osiągnięte. I siedzi publika, i śpiewa o Polsce po polsku w polskim stylu. A ja się zastanawiam, czy ta publiczność to na serio, czy mi ją podstawili jako część inscenizacji, bo zadowolone te panie z siebie niezwykle, że wreszcie moment, który rozumieją, śmieją się do siebie i podejmują, zachęcone przez aktora, pieśń patriotyczną w swojej kiczowatości.

A potem jest jakaś scena, coś się kręci (nie wiadomo, dlaczego), coś się świeci (nie mam wolnych komórek w mózgu, żeby i to na bieżąco interpretować), a Konrad stoi i wypowiada swoje myśli szalone, artystyczne, a moje myśli równie artystycznie wybiegają w przestrzeń, gdzieś zupełnie indziej. Wracam wzrokiem na widownię i widzę, że nie tylko ja straciłam nabożne czy bezbożne skupienie i wędruję gdzieś myślami. Ci, co śpiewali wesoło w pierwszym akcie, teraz wędrują wzrokiem po dekoracjach, a Konrad woła chyba już tylko do Boga, samotny, osamotniony; czyli tak, jak ma być.

Nie wiem, na co, na kogo jestem zła. Nie wiem, komu, co zarzucać, a może właśnie nie zarzucać niczego. Przecież chyba jeszcze bardziej zła byłabym, gdyby mi ktoś próbował wcisnąć Wyzwolenie uproszczone, nie stawiające wyzwania. Z drugiej strony: mnie to wyzwanie chyba przerosło, ja się w spektaklu nie odnalazłam, ja nie zrozumiałam niczego, prócz tego, że to bełkot wszystko i ględzenie wzbogacone o fajerwerki. Nawet powiedziałam w antrakcie, zdegustowana, że jak dla mnie to to nie jest problem przebrnięcia przez pierwszą, płytką warstwę do tych poziomów, gdzie siedzi Znaczenie; to tylko ta płytka, pierwsza warstwa skrywa prawdę, że niczego pod nią nie ma. I nęci, że może jednak jest, a robi to tylko po to, żeby mnie doprowadzić do skraju wyczerpania. Może to ja, może to Wyspiański. Nie przeczytałam tekstu przed wyjściem do teatru! Czy by mi to pomogło, nie wiem, teraz powątpiewam.

A widownia serwuje oklaski na stojąco! Widocznie pojęli w tym śledzeniu dekoracji coś, czego ja nie przeniknęłam, może moment, kiedy się podejmie pieśń patriotyczną jest Tym Momentem, Kiedy Się Pojmuje. Jakie to głupie uczucie, siedzieć, kiedy wstają, wątpić, kiedy wierzą, krzywić się pod ciężarem myśli, kiedy śmieją się radośnie.

I pomyśleć, że kiedyś całą pracę na ten temat napisałam, tak się zachwycałam, taka byłam mądra. Zgłupiałam na studiach, na studiowanie teatrologii byłam za głupia, teraz robię się za słaba na oglądanie teatru też i tylko te wspomnienia czasu, kiedy czułam się mądrzejszą są mi cieniem na samozadowoleniu. Czyli jak chciał Artysta.

Wędrowanie wg Wyspiańskiego. Część II Wyzwolenie.
Teatr STU (Kraków), reż. Krzysztof Jasiński
ul. Krasińskiego 16–18
bilet: 80 złotych polskich nowych