Początek

Niespodziewany był ten wyjazd do Danii, chociaż się go spodziewałam. No a jednak tak wyszedł, że nieoczekiwany i już. W środku tygodnia, między jedną rzeczą a drugą się zdarzył, a i minął w mgnieniu oka.


Syrenka kopenhaskaPrzed wyjazdem do Londynu nie myślałam chyba nigdy o Danii w żaden sposób. Neutralne uczucia: wiem, że gdzieś tam istnieje, Skandynawia, zdaje się, można dopłynąć łódką i chyba to gdzieś blisko Niemiec (kto by przypuszczał, że ktoś z takim podejściem do geografii jak ja będzie się przynajmniej raz w roku ruszał za granicę jak jakiś, nie przymierzając, globtroter). Język duński z niczym mi się nie kojarzył – a tu proszę, wiem już, że jest jakieś 30 samogłosek w tym języku (ha!) i że rzeczowniki się dzielą na en et, co wcale nie znaczy „ona” i „on”, ani nawet „to”. Śmiesznie mi było, kiedy mój angielski odmówił współpracy i okropnie się plątał, a ja akurat wtedy odebrałam maila o wynikach CPE (dobrze poszło, dobrze, i dlatego właśnie śmiesznie).

Było w tej Danii okropnie zimno, ale to nic (jak miało być?).

Chodziłam piechotą. Trochę dlatego, że zawsze chodzę piechotą (poza Londynem, ale Londyn to taka odrębna kategoria), a trochę z potrzeby noworocznego postanowienia o poruszaniu się codziennym. Z mieszkania Katrine było z górki, więc się nie spóźniałam na umawiane w centrum spotkania. Do mieszkania Katrine było pod górkę, więc czułam się, jakbym trenowała biegi narciarskie; taka mała przyszła biegaczka, bo czułam się też troszkę jak dziecko, tak tam było prosto ciekawie (ale znów inne to ciekawie niż w Londynie, bo nie wynikające z nadmiaru).

Wracałam któregoś dnia pod górkę, akurat przestał padać śnieg, i w którejś chwili uderzyła mnie myśl z euforyczną nutą i musiałam zapisać ją w notesie, więc usiadłam i zapisałam. Mentalny reset, muszę się tu przyznać, bo już od dłuższego czasu nie zdarzyło mi się przysiąść na oblodzonym murku i notować coś z niepowstrzymanej potrzeby.

Było mi tam bardzo jasno i miałam w głowie stale jasne swetry i szaloną myśl o pięknym projekcie, która uciekła szybko w szarawym Krakowie. Dziwnie mi z tym, kiedyś to w Krakowie przychodziły najszaleńsze myśli, a tu jakieś stępienie reakcji na bodźce, a może zatkanie pyłami, o których wszędzie i od których strach wyjść, strach siedzieć, strach być.

Lustra w muzeum

Zostało mi do zrobienia pranie i porządki. Z tej całej białości w głowie pomyślałam, że muszę koniecznie, natychmiast zrobić porządek w miejscach niewidocznych i teraz leży mi na podłodze wyjęta z pudeł spod łóżka mieszanina przedmiotów; smutna sprawa, co z tym począć, wyrzucić nie chcę, a trzymać się brzydzę, bo jak się to ma do przywiezionego marzenia? Może nie filozofia jednej walizki, ale przedmioty, przedmioty. Jak zdjęcia, których się nie ogląda, bo się wie, że połowa z pół miliona nieostra, jedna trzecia to zdublowane ujęcia – a jak posprzątać w tym, co już obrosło sentymentalnością?

A na koniec dnia w pracy zapytano mnie przez telefon z determinacją w głosie, czy do studiowania prawa konieczna jest biegłość w matematyce i nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Taki ze mnie bałagan z pustką w głowie dzisiaj.