Would you like to be certified, ma’am?

Uczę się angielskiego już nieprzyzwoicie długo; trochę za długo, żeby mówić ciągle, że się go uczę w innym znaczeniu niż to, że pewnych rzeczy uczymy się przez całe życie. Ale chodzenie na kurs angielskiego już mi trochę nie przystoi. To chyba ten moment: kiedy jedzie się za granicę i spędza się na uczelni parę miesięcy ucząc się innych rzeczy po angielsku, to chyba wtedy dostaje się na czole taki stempel, który mówi: no, złociutka, kurs językowy to już nie dla ciebie.

A jednak nie skończyłam w tym języku żadnych studiów i w sumie nie wiem nawet, jak mogłabym na tym etapie udowodnić komuś, że w ogóle byłam w Londynie przez kilka miesięcy mojego życia (ktoś widział moją kopię transcript of records…?) – a nawet to niekoniecznie potwierdziłoby jakiekolwiek umiejętności; tak samo, jak sam wyjazd na Erasmusa nie udowadnia żadnych szczególnych zdolności naukowych. I rozbijałam się chwilami o ten problem: no dobrze, mówisz po angielsku, tłumaczysz, ale skąd ja mam wiedzieć, że robisz to na pewnym poziomie?

Był epizod z Google, gdzie cały proces kwalifikacji do pracy odbywał się po angielsku i głównie z native’ami, tam nikogo nie obchodziły żadne papierki, bo wszystko sprawdzali sami. Ale jest też i moja obecna praca, gdzie gdyby ktoś chciał sprawdzić mój poziom angielskiego, to nie wiem, z całym szacunkiem, ale szczerze mówiąc, w jaki sposób by to zrobił ;-). Z innej nieco bajki: odbiłam się ostatnio od pomysłu na fajne studia, bo nie mogłam w żaden sposób wiarygodnie poświadczyć znajomości języka. A że nie zamierzam poprzestać na tej magisterce, którą z bólem brzucha kończę…

Przydługim wstępem zmierzam do prostego wyłożenia moich powodów, dla których zdałam w zeszłym tygodniu egzamin Cambridge Certificate of Proficency in English. Przyznaję, były chwile, w których bardzo się nim stresowałam (to wina zawyżonego niemożebnie poziomu podręczników) i pisałam o tym wtedy na Facebooku i Twitterze. Pod tymi statusami znajdowałam wypowiedzi, które w jakiś sposób implikowały mi, że wywaliłam kasę na egzamin do niczego niepotrzebny (powiedzcie to studentowi II roku anglistyki, który go zdawał ze mną, chłopak bardzo się zdziwił, kiedy mu powiedziałam, że dyplom ukończenia studiów da mu dokładnie to samo, co ten egzamin ;)). A ja mam ochotę odpowiedzieć: hej, to, że wam się dotąd żaden certyfikat do niczego nie przydał nie znaczy, że mi się też nie przyda (zwłaszcza, że żaden z ukończonych kursów nie dał mi sensownego potwierdzenia jakiejkolwiek znajomości języka). Tak czy inaczej, bardziej chcę opisać same wrażenia z egzaminu niż się z kimkolwiek tu spierać. Mogłabym może napisać, że to ku pożytkowi przyszłych zdających, ale od stycznia cała formuła egzaminu bardzo się zmienia, więc bardziej będzie to świadectwo historyczne niż poradnik na przyszłość.

Nie wiem, czy jest tak ze wszystkimi egzaminami Cambridge, bo żadnego dotąd nie zdawałam, ale CPE jest egzaminem ogromnie długim i męczącym. Jest też testem niesamowicie zestandaryzowanym: przed przystąpieniem do niego dokładnie wiesz, jakie zadania po kolei przyjdzie ci rozwiązywać. Zdawałam go w krakowskim oddziale British Council w zimowej sesji razem z ok. 20 innymi osobami, z czego spora część znała się wcześniej, pewnie przyszli razem z jakiegoś kursu.

W pierwszej kolejności – Speaking. Egzamin odbywał się w siedzibie BC w Rynku, tego samego dnia odpytywano też zdających FCE i CAE (i coś jeszcze, jakąś wariację na temat CAE bodajże). Atmosfera była dość napięta, w sali panowała niezdrowa mieszanka angielskiego i polskiego, jakoś ludzie dookoła nie mogli się zdecydować, czy jeśli pracownicy centrum mówią do nich po angielsku, to oni między sobą też powinni w tym języku.
Do egzaminu podchodzą dwie osoby, jest dwóch egzaminatorów – jeden prowadzi egzamin, drugi ocenia. Sam test był tak prosty, że zastanawiałam się później chwilę, czy to nie jest taka zmyłka przed częścią pisemną. Przedstaw się, powiedz coś o sobie, opisz obrazek, mów przez dwie minuty na ten temat, what do you think?, odpowiada druga osoba, would you like to add something?thank youbye. (Zapis przykładowego egzaminu jest na YT.) Fakt, że wiedziałam dokładnie, jakiego rodzaju pytania po kolei będzie zadawał egzaminator był niesamowicie uspokajający, ale przy tym i trochę zabawny (zawsze mnie kusi, żeby jakoś zdekonstruować tę sytuację, THERE, I SAID IT). Wiem jednocześnie, że brak stresu wynikał wyłącznie – w moim przypadku – z faktu, że Londyn zmusił mnie do posługiwania się tym językiem. Gdybym próbowała równie bezstresowo podejść do tego egzaminu rok temu, skończyłoby się podobną wpadką, jak na pierwszym spotkaniu Erasmusów w UoG.

Wszystkie części pisemne zorganizowano jednego dnia w krakowskim hotelu Wyspiański. Okropna sprawa, muszę powiedzieć, sześć godzin testów, piętnaście minut przerwy między kolejnymi częściami, a w hotelu tylko bar, gdzie Snickers kosztuje 5 złotych, a Pepsi 9. Powinnam była zrobić kanapki.

Na rozgrzewkę półtoragodzinny Reading – złudnie prosty na początku, trochę podchwytliwy w części z rozsypką akapitów (ale to zadanie nigdy nie jest proste, przynajmniej dla mnie), choć na koniec pozostawiający pozytywne wrażenie; tu też nie wiem, czy można się przygotować inaczej niż czytając artykuły po angielsku (a jak tu funkcjonować w Internecie bez tego) i przypominając sobie, jakiego rodzaju pytania były na czytaniu ze zrozumieniem na maturze z polskiego…
Piętnaście minut przerwy na wyjście do toalety i następny w kolejce trwający dwie godziny Writing: to jest część, po której mam ochotę przejechać się najbardziej. Jestem już trochę za bardzo posunięta w uniwersyteckich latach, żeby pisać wypracowanka na 300 słów; nie znoszę tego, zawsze piszę ok. 500 słów, potem skreślanie sprawia mi ból i nie pozwala mi zwykle pokazać tych fajniejszych konstrukcji gramatycznych, które znam. Poza tym odrzuca mnie sama myśl o pisaniu dwóch tekstów na zupełnie różne tematy jeden po drugim, pyk, pyk, napisane, następny proszę, pyk. Wyszłam z tej części sfrustrowana i z bardzo bolącym nadgarstkiem. Rozdrażniło mnie to tym bardziej, że kolejny był półtoragodzinny Use of English, czyli część, po której spodziewałam się najgorszego.
I niespodzianka: pierwsze cztery z pięciu zadań rozwiązałam w dziesięć minut (nie tylko ja, jak wynikło z rozmowy z innymi zdającymi), tak były proste. Zastanawiałam się przez chwilę, czy to nie jest złudna prostota i czy nie powinnam doszukiwać się drugiego dna, ale naprawdę, nie było gdzie. Trochę więcej czasu spędziłam na czytaniu w myślach układającemu klucz do części piątej (Comprehension questions and summary writing task), ale też nie miałam poczucia, żeby było to szczególnie wielkie wyzwanie.
Na koniec zostawiono nam Listening (40 minut). To część, którą lubię na równi z czytaniem, ale tym razem – nie wiem, czy ze względu na duże już o tej porze zmęczenie, na nieznośną duszność w sali czy po prostu na brak szczęścia do pytań – miałam wrażenie, że przy wielu pytaniach strzelam, bo albo spokojnie można zaznaczyć więcej niż jedną odpowiedź, albo w zasadzie żadną. Przez tę część mam mieszane uczucia co do wysokości wyniku, który poznam pod koniec stycznia.

Osobna historia to ludzie, którzy zdawali ze mną ten egzamin. Większość stanowili weterani egzaminów Cambridge, kolekcjonerzy wcześniejszych certyfikatów, znawcy testów i kluczy. Mniejszość podchodziła tylko do tego testu, bez wcześniejszych doświadczeń, a już naprawdę nieduża liczba odważyła się przyjść bez wspierania się ukończonym wcześniej kursem przygotowawczym. Pamiętam jeszcze, jak przed olimpiadą w liceum polonista mówił mi, że lepiej nie iść przed testem do łazienki, bo te dziewczynki, które przesiadują przed konkursem w łazience potrafią zrobić krzywdę psychice. Tutaj nie trzeba było iść do łazienki, tu krzywda psychice działa się w holu, przed wszystkimi. Niepokojąca była ta energia.

No i mam teraz mieszane uczucia. Z jednej strony słyszę w uszach tekst jednej z organizatorek egzaminu, która po tym, jak z kolejnej części wyszłam sporo przed czasem skomentowała: ten egzamin jest chyba dla pani za prosty. Z drugiej: skoro ten jest za prosty, to jak można nazywać go certyfikatem biegłego posługiwania się językiem? Bo w mojej głowie mój angielski ciągle nie jest dostatecznie biegły. Chciałam zdać CPE odkąd zaczęłam poważniej uczyć się tego języka; w mojej głowie urósł on do nie wiadomo czego. No i co teraz? Może w ogóle nie powinnam była do niego podchodzić?

Zawsze jest nadzieja, że jednak go nie zdałam :-).

  • Ja swój zdawałam co prawda już po studiach (licencjackich), ale też i po dwóch czy trzech latach kontaktu z językiem wyłącznie na poziomie szkoły podstawowej (bo w takiej uczyłam) lub też kursów dla początkujących (bo takie wypadło mi prowadzić). Nie miałam na niego najmniejszej ochoty (ani pieniędzy, ani czasu), ale rodzice się uparli. Konkretnie ojciec, który wciąż nie rezygnował z wizji córki zajmującej ważne stanowisko w Parlamencie Europejskim. Krótko wcześniej poznałam swego obecnego męża, byłam zakochana po uszy, nie chciałam awantur, kwasów ani obciachu, więc poszłam na to cholerstwo. Z marszu, nie zajrzawszy nawet do jakiejkolwiek książki, bo wcale mi nie zależało na tym, żeby zdać. Najpierw swoim zwyczajem pomyliłam terminy zapisów/wpłat, skutkiem czego Wojtek jechał na złamanie karku, przez telefon błagając panią w sekretariacie, żeby zaczekała jeszcze dwie minutki. Następnie spóźniłam się blisko pół godziny na sam egzamin (część pierwszą pisemną), bo zaspałam. Wpuścili mnie tylko i wyłącznie na ładne oczy oraz z litości, bo odprowadzał mnie domniemany mąż z małym dzieckiem. Z listeningu wyszłam z fochem jak wejherowski peron oraz trzaskając drzwiami, bo były głupie pytania. Na speakingu prawie pokłóciłam się z członkiem komisji o tytuł filmu z Piercem Brosnanem. Ogólnie rzecz ująwszy, z wrodzonym sobie taktem i delikatnością obnosiłam się z faktem, że wcale nie mam ochoty tu być, bo zostałam do tego ZMUSZONA. Z satysfakcją powiadomiłam bliskich, że ja swoje odpękałam, ale cudów to proszę się nie spodziewać. Po czym pewnego pięknego dnia przyszedł wynik, a w nim czarno na białym stało, że zdałam na „A”, szczególnie wysokie noty osiągając z listeningu (żeby było zabawniej). Certyfikat odebrałam, schowałam do szuflady, przenosząc go tylko przy okazji kolejnych przeprowadzek… Aż w tym roku, w maju, do mojego ciężko chorego ojca przyjechali w odwiedziny jego dwaj bracia, z którymi nie widział się od lat. Ledwo mówił i wszystko mu się myliło, ale za konieczne uznał pochwalić się im, że jego córka zdała swego czasu CPE z oceną A. „Najwyższym możliwym wynikiem”, podkreślił, a oczy mu błyszczały z dumy. Dwa dni późnej już nie żył.

    Tak więc nigdy nie wiesz, do czego taki papier może się przydać :).