Pocą to się nogi nocą, ale to nie wina Harry’ego

Przywiozłam z Warszawy głowę pełną wątpliwości i moleskina zabazgranego uwagami, które nie nadawały się do przywołania w dyskusji (no, może w tej kuluarowej, albo późniejszej trotuarowej, w drodze do skmki, która mieściła więcej ludzi niż londyńskie metro o siódmej rano lokalnego czasu).

Byłam bowiem na konferencji naukowej poświęconej Harry’emu Potterowi. Nie mogę powiedzieć całkiem szczerze, żeby konferencja przedstawiała jakieś konkretne nacechowanie tematyczne, bo referaty pochodziły z bardzo różnych humanistycznych krain i do przedmiotu też podchodziły przeróżnie. Sam tytuł – „Potter potem” – poza tym, że prosił się o nieładne dowcipy, też szczególnie nie zawężał pola, co nie musiało być niedobrą cechą (a czy było, „to pozostawiam Państwu do oceny”, że przywołam leitmotiv pierwszego dnia).

Widzicie, bardzo ucieszyła mnie wieść o konferencji naukowej na ten temat. Kilometrowe posty na znanym niektórym tematycznym forum, wielogodzinne dyskusje, spory metodologiczne, jakie od paru lat toczą się w potteroznawczej sekcji lokalnego intelektualnego getta wskazywały na to, że kiedy zaczytujące się uzależniającą książki dzieciaki dorastają, to i dyskusję przenoszą na stosowny poziom. A jednak z Muzeum Literatury wyjechałam z co najmniej mieszanymi uczuciami; nawet nie na temat samego Pottera, co jakości dyskusji uniwersyteckiej w ogóle. (A była to konferencja studencko-doktorancka i wielu było prelegentów z „mgr” przed nazwiskiem.)

Bo rozumiem, kiedy na zajęciach na uczelni omawia się trudny lub niezbyt interesujący temat i student przygotowujący referat męczy się z jego wygłoszeniem, bo problemu nie zrozumiał albo zrozumieć nie miał ochoty czy czasu. Rozumiem nawet, kiedy na konferencji naukowej z trudem przedstawia się wyniki własnych badań, bo są zbyt skomplikowane, żeby w piętnaście minut jasno wyłożyć słuchaczom założenia, metody i wnioski. Ale nie rozumiem, jak można brać na warsztat tekst, który się bardzo lubi i dobrze zna, a potem jakością referatu pokazywać, że się błądzi po omacku, że się nie wie, jak się zabrać do wyboru narzędzi, że się zgaduje, jak skutecznie je zastosować i – co w tym wszystkim najbardziej przerażające – jak uzasadnić, po co się to zrobiło.

A wszystko to bierze się z kłopotu ze sformułowaniem problemu. Ten brak tezy w wystąpieniach to bodaj najpoważniejsza z chorób referatów, których przyszło nam przez dwa dni w Warszawie słuchać. Jest jeden typ referatu konferencyjnego, w którym to rozumiem i nie odkryję chyba Ameryki mówiąc, że jest to popreferat (pokazywanie obrazków, filmików i ciekawostek związanych luźno lub mniej luźno z tematem). Ale takie wystąpienie służy czemuś innemu i to nie dzięki niemu konferencja zdobywa prawo do przymiotnika „naukowa”.

Odczuwam silny niepokój, kiedy widzę doktoranta, który pokazuje jakieś wyniki jakiejś kwerendy, której sposobu przeprowadzenia nie wyjaśnia, a na koniec w sumie nawet nie wyciąga z niej wniosków – nawet nie mogę powiedzieć, że wzięte nie wiadomo do końca skąd cyfry służyły uzasadnieniu tezy, bo takowej nie zauważyłam. Trochę nie wiem, co powiedzieć, kiedy na pytanie o niewystarczająco zarysowaną tezę wystąpienia referent odpowiada zmieszany: „coś tam sobie prywatnie myślę, ale nie chciałem, żeby mnie państwo zjedli”, po czym dalej nie mówi, co właściwie sobie prywatnie myśli, ucinając w zasadzie dyskusję. Mam złe przeczucie, kiedy słucham wystąpienia o charakterze czysto sprawozdawczym, gdzie prelegent relacjonuje tylko cudze punkty widzenia i nie pozwala sobie nawet na słowo komentarza, co więcej – prawie przeprasza słuchaczy w chwilach, kiedy wymknie mu się coś subiektywnego. Nie wierzę własnym uszom, kiedy słucham ironicznego wystąpienia studentki filozofii, która logiką formalną udowadnia, że uniwersum Harry’ego Pottera nie może istnieć, ponieważ istnieją niespójności w opisach między pierwszym a trzecim tomem, co niezbicie dowodzi, że jest on wewnętrznie sprzeczny (a są to niespójności kalibru „łazienka Jęczącej Marty raz jest na drugim piętrze, a raz na piątym”, cytuję z pamięci, więc pewnie cytat jest niespójny z treścią wystąpienia, przepraszam, ale mam nadzieję, że to nie dowodzi niemożliwości jego istnienia). Mam wrażenie, że umknęła mi jakaś wcześniejsza część konferencji w chwili, kiedy ta sama grupa dyskutantów domaga się równocześnie „śmierci autora” wraz z końcem wyrażanej w wywiadach, sięgającej poza datę wydania ostatniej książki „kontroli autorki nad światem” ORAZ dokładnego dookreślenia przez nią miejsc niedookreślonych w powieści, opisujących uniwersum znajdujące się poza tym wycinkiem, który oglądamy w lekturze oczami głównego bohatera. I nie widzi owa grupa w swoich postulatach dziwnego paradoksu. Co gorsza, nie można nawet na te naprawdę interesujące tematy porządnie porozmawiać, bo wiąże wszystkich formuła klasycznej konferencji naukowej, gdzie na referaty mamy półtorej godziny, a na dyskusję dziesięć minut (o ile któryś referat się nie przedłuży) – no ale to już bardziej wina systemu niż samej konferencji.

Irytowałam się na tej widowni bardzo wiele razy, bo ja jestem łatwo irytującym się człowiekiem. Notowałam sobie bardzo wiele rzeczy, bo lubię robić notatki, choć rzadko potem wracam do tych myśli, kiedy zostają pozbawione kontekstu. Natomiast ponad tym wszystkim byłam bardzo poważnie zaniepokojona zupełnie innym problemem: wobec wyboru na temat konferencji tekstu, który, umówmy się, nie jest czymś szczególnie trudnym w analizie, jak na dłoni było widać słabości metod (a raczej często ich zupełny brak) i formalną nieporadność. To znaczy, dotarło do mnie, że ludzie kończą studia z wynikiem wystarczająco dobrym, żeby aspirować do kariery naukowej, a nie zyskują w trakcie tych studiów podstawowych umiejętności i w efekcie nie potrafią podjąć dyskusji na świetnie opanowany temat – bo wszystkie te wspomniane słabości referatów, te braki tez, te problemy z udzieleniem odpowiedzi na pytania, wszystko to zabijało jakąkolwiek możliwość dyskusji, której byliśmy tak bardzo głodni (co zresztą było widać po tym, jak dziwnie ta dyskusja później przebiegała).

(I uprzejmie proszę o nieprzywoływanie argumentu, że mam się nie czepiać, bo te wystąpienia służą tylko „poszerzaniu dorobku”, bo ten argument im wcale nie pomoże. Zresztą, o tych ewidentnie „poszerzających dorobek” – odczytanych przez organizatorów w zastępstwie niedoszłych prelegentów – nie wspominam nawet. Pozdrawiam natomiast z tego miejsca Pana Zestresowanego Studenta Prawa, którego wystąpienie miało potencjał, ale obawiam się, że na potężny artykuł, a nie na 15 minut referatu :).)

Lubię jeździć na konferencje naukowe jako słuchacz, bo wtedy potrafię się skupić na tym, jak występują inni i wynosić z tych wystąpień lekcje dla siebie. Tym razem poczułam, że uczenie się przebiegało głównie na cudzych błędach.

Ach, no i chciałam też dla pełności relacji dodać, że te gorzkie wynurzenia nie dotyczą wszystkich konferencyjnych wystąpień; szkoda, że te niedobre w tak dużym stopniu ustawiły ton tej konferencji w mojej pamięci.

Och, i pozdrawiam z tego miejsca forum Mirriel. Różne części Internetu wypływają na powierzchnię przy podobnych okazjach ;).

  • Przemek

    Tak było, nie inaczej.

  • Artur

    Czy masz jakąś tezę jeśli chodzi o powód tego stanu rzeczy? Ja odniosłem wrażenie, że albo zupełnie, albo bardzo mało się uczy takich rzeczy na studiach, ale chętnie poznałbym opinię osoby, która do studiowania podchodziła rzetelniej niż ja.

    • Aldonna

      Nie wiem, czy jestem osobą, która podchodziła do studiowania rzetelniej ;) Mogę mieć hipotezę – myślę sobie, że to trochę wina edukacji (niekoniecznie samych studiów, chociaż ich może najbardziej, bo na studiach jest najwięcej okazji do nauczenia się stosowania metod i prezentowania wyników), tak. Ale też ogólnego rozleniwienia się, wiesz, nie tylko, że uczniowi/studentowi wygodniej jest unikać konfrontacji, ale też to, że nauczycielowi/wykładowcy łatwiej uczniów do niej nie prowokować, tylko zostać przy bezpiecznej formie wykładu. Jeszcze inna sprawa: ludzie okropnie boją się nie mieć racji (waham się ze sformułowaniem tego argumentu, bo mam poczucie, że czynię nim okropną projekcję własnych wrażeń :D).
      Boże, jak mi się marzy świat, w którym nauczanie retoryki, chociaż podstaw, jest obowiązkowe na pewnym poziomie wykształcenia…

    • Przemek

      Ja odniosłem wrażenie, że jedną z przyczyn (choć może nie najważniejszą) było, paradoksalnie, lekceważące podejście referentów do HP. Tak jakby wstydzili się zająć septologią (drink!) na poważnie, naukowo, więc poszli albo w ciekawostki, albo wytykanie nieścisłości, albo ogólnikowe omawianie zjawisk okołopotterowych. (Podobną myśl o wstydzie budzi we mnie fakt, że konferencja prawie się nie reklamowała). Co jest o tyle kuriozalne, że śmiem przypuszczać, że nikt ich do wyboru takiego tematu konferencji ani do pisania referatów nie zmusił…

  • Jarek

    Co do studenta prawa- za bardzo skupił się na wymienianiu wszelkich sytuacji gdzie „pojawia” się prawo a za mało było w tym jakiejś próby interpretacji, te pojawiły się już w dyskusji.
    Inna sprawa- mam wrażenie że najtrudniejszy w moim subiektywm odczuciu temat czyli HP a chrześcijaństwo został potraktowany po macoszemu a jakby potraktować go poważnie to mogłoby być najbardziej interesujące wystąpienie. A dlaczego uważam że temat jest trudny? Bo wątek duchowo-spirytystyczny-demoniczny(Voldek) trudno zinterpretować w kontekście chrześcijańskim.

    • Aldonna

      Wiesz, Jarku, nie chciałam się właśnie odnosić do konkretnych referatów, bo trudno o zaproszenie do takiej dyskusji osób, których w Warszawie nie było. Nie był też moją intencją pojazd po wystąpieniach konkretnych osób, tyle to sobie popsioczyliśmy na miejscu ;)
      Nie chciałam zwłaszcza mówić w szczegółach o aspirującym prawniku, zanotowałam sobie nawet przy nim „pierwszy raz, bez komentarzy”, sama za dobrze pamiętam, jak się stresowałam przy moim pierwszym wystąpieniu :).
      Natomiast to, o czym wspominasz, ten żal do referentki od chrześcijaństwa, to wydaje mi się kolejny symptom choroby: czujemy się oszukani, kiedy inwencja referenta kończy się na temacie referatu, a treść niefrasobliwie tego nie uwzględnia i referat jest albo nie na temat, albo na temat, ale w taki sposób, że wydaje się to ironiczne.