KUKBUK i Chimera, czyli debiuty grudniowe

Pomyślałam sobie dzisiaj, że jak na polonistkę, to okropnie rzadko bywam w księgarniach. I z tą myślą pomaszerowałam do empiku*.

Zawsze się tam męczę, choćbym weszła na pięć minut. Zaczynają mnie boleć ramiona, plecy, po chwili głowa; od przepychania się, od wędrowania po piętrach, od przyglądania się półkom, na których książki stoją raz w prawo grzbietem, raz w lewo, ciągle trzeba głową kręcić**. Dziś było zaskakująco pusto – pewnie szczyt panikujących tłumów będzie w poniedziałek, jak przy stoiskach z karpiem.

Sięgnęłam po parę książek potencjalnie użytecznych (boję się chodzić do księgarni prawniczych), kurs językowy w promocji, potem po raz pierwszy poszłam na ostatnie (przedostatnie?) piętro, gdzie empik urządził wystawkę książek niechcianych. Smutna to hala, półki uginają się od pozycji albo nieco (lub bardzo) zniszczonych, albo wyglądających jakby w ogóle nie były brane do rąk. Szukając perełki (spoiler alert: nie znalazłam) trafiłam przypadkiem na odpowiedź na pytanie, dlaczego nasza nauka nigdy, nigdy nie będzie postrzegana jako sensowna. Póki publikacje naukowe będą nosić takie tytuły (i to będzie ok), póty ich wydanie drukiem nie będzie miało najmniejszego sensu.

naukanauka

Do tych dwóch (szacuję) zainteresowanych czytelników można wysłać pdfa albo doca, whatever.

Rzeczy interesujące znalazłam w sumie dopiero przy wyjściu.

magazyny

Zacznę od „Chimery”. Na początek wiadro hejtu: panie Bryndal, jeśli się wybiera tytuł dla magazynu w oczywisty sposób nawiązujący do bardzo konkretnego czasopisma, to nie można potem napisać we wstępniaku do pierwszego numeru: „Nie czujemy się jednak spadkobiercami wybitnych autorów, którzy byli twórcami ówczesnej „Chimery”.” i oczekiwać, że tym samym się to nawiązanie wymaże. Nie było to zbyt obiecujące otwarcie, zwłaszcza przy tym, że po średniej (estetycznie) okładce, na pierwszej rozkładówce po otwarciu widzi się reklamę banku, a potem makietę, którą zrozumieć (bez powodzenia) starałam się aż do ostatniej strony. Mam wrażenie, że pod względem graficznym coś poszło bardzo nie tak (choć przyznaję, że nie umiem precyzyjnie nazwać problemu; czasem zdaje mi się, że niekonsekwencja w wyrównywaniu tekstu i ustawianiu wcięć, czasem – że zestawienie kroju chlebowego i w nagłówkach), we mnie przynajmniej ten design nie wzbudza zaufania, a raczej poczucie obcowania z czymś niedopracowanym.

Podczas lektury często się krzywiłam. Nie dlatego, że przeszkadzały mi wyrażane opinie, raczej szybko włączył mi się radar redaktorski i przyglądanie się potencjalnie wesołym przecinkom w zdaniach, redaktorskim wpadkom fleksyjnym albo kontrowersyjnemu – jak na mój gust – miejscami nadmiernie barokowemu językowi tekstów. W każdym razie niezdrową ilość uwagi poświęcałam układowi tekstu i językowi artykułów, więc mi, zdecydowanej zwolenniczce przezroczystości, nie mogło się to podobać.

Ale główny problem z lekturą „Chimery” był trochę inny: otóż przy całym przydomku „magazynu literacko-kulturalnego” nie mogłam aż do samego końca uchwycić, co to za zwierz. Z jednej strony wywiady z autorami, z drugiej – fragmenty tekstów; temat numeru mniej więcej w połowie omówiony w formie artykułów w stylu „Charakterów” lub „Zwierciadła”, w drugiej – raczej w felietonach (wiodącym tu zresztą gatunku, w odmianach bardzo różnej, nierównej jakości). Krypto(?)reklama Orlenu na samym początku nie nastawiła mnie pozytywnie: z jednej strony dobrze przeczytać o modelach biznesowych finansowania kultury, mecenat to ciekawy temat na artykuł czy raport, z drugiej – kiedy szef Orlenu przechodzi do wymienienia projektów, w których mecenasem był jego koncern, mnie łapie jakaś niechęć i nie mam ochoty czytać dalej. Miejsce znalazło się też dla reportaży (bardziej zliteraturyzowanych, jak ten o rzekach i Łodzi, i mniej, jak ten o Tamilach i Sri Lance), a zaraz obok nich – dla wierszy. Nie wyczerpałam chyba bogatego katalogu tekstów, na jakie można się natknąć w dżungli „Chimery”. Różnorodność może być zaletą i pewnie niektórym się spodoba. Ja nie mam nic przeciwko, o ile składa się to wszystko na jakąś przemyślaną, większą całość, może przynajmniej wyraźnie podzieloną na części? Tu mam poczucie grochu z kapustą, puzzli bez rozwiązania, męczącej chwilami mieszanki, gdzie dobre, przyjemne w lekturze teksty przeplatają się z niedobrymi bez klucza i powodu. Rozczarowała mnie lektura „Chimery”, nie ukoiła tęsknoty za „Bluszczem”; smutno mi się zrobiło, że ktoś bezczelnie zawłaszczył nazwę, do której nie dorósł. Pierwszy numer nie jest udany i nie wiem, czy będę miała ochotę sięgnąć po kolejny.

Byłoby mi po lekturze „Chimery” raczej smutno, gdyby nie to, że impulsywnie skusiłam się na zakup innego magazynu, nachalnie pojawiącego się ostatnio na moim fejsie. KUKBUK to czasopismo kulinarne. Pamiętam, jak parę lat temu szukałam w sieci wartych śledzenia blogów kulinarnych po frazie „blog gotowanie ładne zdjęcia”. KUKBUK jest odpowiedzią na takie wyszukiwanie.

Magazyn jest wydany w piękny sposób: zaczynając od prześlicznych zdjęć, przez projekt makiety i bardzo staranny skład aż po dobrze dobrany papier. Ciężar gatunkowy pisma jest słuszny: 200 stron na dość grubym papierze, co sprawia, że nie trzyma się go w rękach łatwo. Ale lektura przy kuchennym stole jest bardzo przyjemna. Dużo większą przyjemność estetyczną czerpałam z lektury tego kucharskiego magazynu niż „Chimery”.

Trochę spodziewałam się znaleźć w KUKBUKu przepisy nie na moją kieszeń i nie na moje umiejętności. A jednak nie: zdecydowana większość nie wyglądała na nic bardziej skomplikowanego niż przepisy Liski. Większość (znów: poczucie, nie liczyłam) zresztą była przygotowana przez popularne blogerki, co w ogóle potwierdzało moje wcześniejsze przeczucie, że jestem idealnym targetem tego pisma :-). Proporcja przepisów do tekstów do zdjęć też sprzyja relaksowi. Nie jest to magazyn do czytania przez miesiąc bez przerwy, ale czy powinien taki być? Mnie satysfakcjonuje to, co jest, zwłaszcza że forma podania (językowo-typograficzna) jest bardzo dopracowana. Och, żeby tylko autorom udało się zachować ten poziom i w przyszłości!

W przeciwieństwie do „Chimery”, KUKBUK jest bardzo uporządkowany. Z jednej strony przyjęto naturalną kolejność posiłków: mamy części „śniadanie”, „obiad”, „kolacja”, a między nimi temat numeru – „Gęś”, wszystko zaznaczone pięknie ilustrowanymi przekładkami. W części tematycznej nad przepisami dominują artykuły, choć i tamtych nie brakuje. Dowiedziałam się na temat gęsi ogromnie dużo: i w kwestii hodowli, i przyrządzenia. Wiele artykułów rokuje też jako zalążki przyszłych stałych rubryk, np. artykuł o gotowaniu pod konkretny film był bardzo przyjemny (tu: przepis na lembasy do seansu Hobbita), playlista pod lepienie świątecznych pierogów – świetny pomysł na cykl.

Żeby nie było tak różowo: nie wszystkie części są świetne, na przykład cykl fotografii kucharzy z tatuażami był trochę dziwny, nawet, jeśli poniekąd związany z tematyką magazyuu. Mały hejt: część treści dostępna jest tylko w wersji na tablety, a ja tabletu nie mam. Ale podobno wydanie elektroniczne też jest bardzo ładne (chociaż niespecjalnie mam jak sprawdzić ;)).

Jest jeszcze jeden aspekt: reklamy. W „Chimerze” nieprzyjemnie rzucające się w oczy (wspomiany bank, potem gdzieś w środku zupełnie niedopasowane graficzne piwo, z niczym nie wiążąca się reklama okularów z błędem w haśle kalibru „Feel like at home”; w sumie 9% objętości pisma, specjalnie policzyłam, bo miałam wrażenie, że o wiele więcej), w KUKBUKu pasujące do wysmakowanej graficznie całości (dobry akapit znalazłam o tym na ChilliBite: „Otóż piękne reklamy, które widzicie w nowo ukazujących się magazynach bardzo często są zamieszczane bezpłatnie. (…) Przyszłym reklamodawcom, a i czytelnikom te pierwsze numery mają pokazać w jakim kierunku stylistycznym będzie szło pismo również w kwestii pozyskiwania funduszy na istnienie. Jak widzielibyście nawet najbardziej wylansowaną reklamę na przykład tamponów w KUKBUKu? albo gorącego kubka Pewnej Znanej Firmy? no właśnie. W KUKBUKu nie znajdziecie nietrafionych reklamodawców, czy słabych stylistycznie kreacji (no może tylko Lipton i Lloyd mnie uwiera, lepiej było pomówić z Dilmah, trochę nie wiem po co jest Chicco). Dałam się oszukać rewelacyjnej reklamie Swedeponic (producent świeżych doniczkowych ziół) – brawo! to przykład reklamy doskonale dopasowanej do magazynu.”).

A tymczasem, borem, lasem, wracam do duńskiego. Powiększa się moja kolekcja podręczniczków do samodzielnej nauki języka. Ciekawe, czy duński podzieli los węgierskiego ;-).


  • W sumie to wspierałam akcję „Nie karm książkowego potwora!„. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że poszłam tam po last minute film pod choinkę.

** Pewnie zawsze stoją po prostu przodem okładką; nigdy nie przepadałam za tą dowolnością projektową i za brakiem jakiejś sensownej konwencji.

  • Przemek

    Nie interesuje mnie ani „Chimera”, ani „KUKBUK”, ale jej, jak ty ładnie i ciekawie piszesz.

    • Aldonna
    • M.

      „Dużo większą przyjemność estetyczną czerpałam z lektury tego kucharskiego magazynu niż “Chimery”.”

      Miślę, że również “Chimery” miałyby większą przyjemność z czytania Kukbuk niż aldonna.wordpress.com :)

  • Lena

    No i spędzę z Tobą poranek i przeczytam do deski :P