All was well.

Kiedy w 2007 roku przeczytałam ostatnie słowa, odłożyłam książkę z mieszanymi uczuciami. Splotłam ręce na podołku i zaczęłam myśleć. Przecież to, że czuję się w związku z tym zakończeniem tak dziwnie musi się wiązać z tym, że coś było w książce nie tak, prawda? Nie tak miało być. Miałam mieć poczucie katharsis albo chociaż głębokiego wzruszenia, w ogóle być ponad ziemią i chcieć prowadzić dyskusje bez końca. A jednak zdaje mi się, że w 2007 roku wcale tak nie było.

Jest rok 2012. Skończyłam dziś lekturę Harry Potter and the Deathly Hallows, po raz drugi w życiu. I odkryłam Amerykę oraz wcale jej nie odkryłam: jestem ogromnie szczęśliwą osobą. Nie tylko mogłam dorastać, czytając te książki tom po tomie, utożsamiając się z bohaterami i mierząc się z takimi samymi problemami; mam też dość szczęścia, żeby sięgnąć po nie po kilku latach i zachwycić się zupełnie na nowo. Chciałam najpierw powiedzieć, że dobrze jest czytać tę książkę bez tych emocji, którymi kieruje się wyposzczony przez kilkanaście miesięcy fan, który po prostu chce wiedzieć, co będzie dalej. Ale to przecież nie jest prawda – nie wiem, czy raz będąc kompletnie zanurzonym w tym świecie, ogarniętym potterowym szałem, czy można jeszcze kiedykolwiek po tę historię sięgnąć bez emocji. Więc nie powiem o czytaniu bez emocji, ale na pewno ta perspektywa, kiedy się już wie, co będzie dalej (a jednocześnie wyleciała z głowy większość szczegółów) wszystko zmienia.

Płakałam na przykład w innych momentach i co innego mnie wzruszało, i to było zaskakujące (ten moment, kiedy czytasz wypowiedź bohatera i wiesz już, że to będą ostatnie słowa przed jego śmiercią). Nie drażniły mnie fragmenty, które ktoś by nazwał kilka lat temu wypełniaczami, bo nie spieszyło mi się już tak do dalszej części akcji. Cieszyły mnie niektóre słowa, nazwy własne, zaklęcia, bo dopiero teraz rozumiałam ich źródłosłów (geek). Wciąż wydaje mi się, że inwersja momentów dramatycznych i wyciszonych w siódmym tomie ma pewne wady (okej, w 2007 jechałam po całości, ale na szczęście trochę mi przeszedł radykalizm) – ale nie zmieniłam zdania, że absolutnie rozumiem i popieram jej umocowanie w większej całości.

I najważniejsze: tych sześć, siedem, osiem lat temu byłam jednak w martwym punkcie jeśli chodzi o wybór języka. Nie było szans, dzisiaj widzę, żebym w 2003 była w stanie zrozumieć, dlaczego Harry Potter and the Order of the Phoenix jest znakomite, żeby pojąć, jak konstrukcja fabularna, ale i sposób opisania świata, jak to wszystko naśladuje sposób, w jaki myśli i zachowuje się piętnastolatek. Ale i w ogóle nie rozumiałam przecież słów! Co w tym dziwnego, że się czeka na koniec wreszcie rozdziału, jak się nie wie, co się dzieje. A gdzie tu w ogóle można o subtelnościach… Ale chociaż nie rozumiałam dość dobrze, to raz liznąwszy prozy JKR już nie mogłam do nierównego bardzo tłumaczenia wrócić. I tak oto utknęłam trochę, tu za słabo, tam za mało, ani wte, ani wewte.

Tak luźno sobie myślę. Szykuje się dyskusja w Warszawie przy okazji konferencji – już się na to cieszę. Ale jakoś nie czuję (nigdy chyba nie czułam; może nie jest ze mnie najlepszy materiał na naukowca jednak?) koniecznej potrzeby systematyzowania. Nie każdą impresję trzeba uwiecznić i unaukowić.

Pokolenie Harry’ego Pottera, jak bum cyk cyk. Pokolenie Pottera i dzieci sieci, to mnie stworzyło. Wpisujcie miasta.

  • Przemek

    Mazewo.

    • Aldonna

      koło Grajewa!