I interviewed at Google

Tak właśnie było. I nie, nie podpisałam żadnego NDA ;-).

Nie zrozumcie mnie źle: lubię swoją pracę, zespół ludzi w dziale, uwielbiam swój zawód. Nie poszłam tam na rozmowę dlatego, że nie mogę znieść mojego obecnego życia i pożądam zmian. No ale to przecież Google. Google się nie odmawia, Google się nie omija, widzisz, że dają w krakowskim Google pracę – to lecisz, na łeb, na szyję, byle szybciej, bo przecież to będzie praca życia! Wszystko pod Google przemeblujesz.

Oczywiście nie dostałam tej pracy. Gdybym  dostała, pewnie nie pisałabym o niej tutaj w takiej formie.

Szukając kolejnej posady marzeń na Linkedinie trafiłam na to ogłoszenie gdzieś pod koniec lipca. Google, praca adminki, Kraków-Warszawa. Punkty w doświadczeniu się zgadzają, przetłumaczyć CV na angielski to kwadrans, no to wysyłam, co mi tam, w końcu obecna umowa do najpewniejszych nie należy, promotor się nie odzywa, zasadniczo prospekty raczej gasną miast rozkwitać, pora szukać nowego, gdzież to nowe!

Najpierw mail w odpowiedzi, bardzo uprzejmie, niezbyt formalnie: kiedy możemy pogadać? Potem telefon z Londynu, kilka prostych pytań o obecną pracę, przyjemna rekruterka przedstawiła przyszłą ścieżkę, przez którą trzeba się przedrzeć nim się upragnioną ofertę otrzyma. Ilość zapowiedzianych rozmów i testów trochę mnie przygniotła, ale wzięłam na klatę. Raz się żyje!

Parę maili o strefach czasowych i szczegółach, kto mnie z kim na co i gdzie umówi. Potem telefon z Kalifornii – dowiedziałam się przy okazji, że kiedy dzwoni na iP ktoś ze Stanów, to ten sprytny telefon pokaże wszystko, miejscowość, stan, co chcecie. Tu już było trudniej, więcej pytań, więcej drążenia. Ale nic z tych rzeczy: ile piłeczek ping-pongowych mieści się w autobucie i jak to policzyłeś? Podobno rozstają się z tym  wizerunkiem, reputacja w Internecie wiecznie żywa.

Telefon od rekruterki dostałam następnego dnia z samego rana: świetnie poszło, to mój kolega teraz umówi cię z ludźmi z polskich biur Google i pójdziesz na rozmowę do któregoś z nich. I tak właśnie było – trafiłam do biura Google na Rynku, niepozorne z zewnątrz, w środku fantastyczne. Dementuję z miejsca: nie widziałam zjeżdżalni ani basenów, ale byłam w kuchni i na co najmniej dwóch kolejnych piętrach. Wystrój mocno daje radę. Miałam ochotę robić zdjęcia komórką, ale po pierwsze: to iPhone, po drugie: wtedy jeszcze chciałam dostać tę robotę.

Zamknięta w maleńkiej salce konferencyjnej odbyłam przez Google hangouts rozmowę z dziewczyną pracującą na podobnym stanowisku w jednym z innych biur – chyba którymś na Wyspach – a zaraz potem z jedyną w całym procesie Polką, jedyną zresztą rozmowę na żywo. Wszystko równo po angielsku, wszystkie pytania opierające się na sytuacjach z życia Google wziętych, większość według schematu: „A co byś zrobiła, gdyby…” i oczywiście za każdym razem: opisz mi swój proces myślowy (zgodnie z maksymą: bardziej interesuje nas to, jak i dlaczego tak myślisz niż to, co myślisz).

Ta część procesu była bardzo wyczerpująca, ale też strasznie fajna. Nabrałam jednak wtedy wątpliwości, czy organizowanie eventów dla zespołu inżynierów to naprawdę to, co chciałabym w Google robić, gdybym już miała do tej cud-firmy trafić na dłużej. A po tym etapie odpowiedź z Londynu przyszła niemal natychmiast: chcemy umówić cię na ostatnią rozmowę, w jak najbliższym terminie, najlepiej już, teraz, zaraz! Nazwiska w mailu: execs.

I to była chwila, w której stchórzyłam. Może po prostu wolę gonić króliczka? A może przeraziło mnie tempo, rany, przecież jest dopiero sierpień, dopiero połowa mojego lata w dziale! Może kiedyś powiem, że żałuję, że nie doszła ta część rozmowy do skutku. A może przeciwnie, będę błogosławić moje cold feet?

Do Londynu pojechałam przecież w styczniu złapać dystans. Dystans przylazł razem z jedną ważną radą: nie spiesz się. Przyjdzie czas na wszystko. Działaj, planuj w swoim tempie, nie niecierpliw się. Pomyślałam sobie przed tą ostatnią rozmową, że jeśli zacznę tę pracę – i jeżdżenie między Krakowem a Warszawą – to pracy magisterskiej już nigdy nie napiszę, przejdzie mi najbardziej sprzyjająca atmosfera doktoratu koło nosa, zaraz po studiach zamknę się w pędzącej jak szalona, nigdy nie śpiącej (to cytat z jednej z rozmów: our offices never sleep) korporacji, wykonując pracę, która nie ma nic wspólnego z tym, co robię najlepiej i co najbardziej lubię robić. A ile razy można zmieniać życiowe plany? W imię czego? (Och, patosie.)

Siedziałam w sobotę i w niedzielę nad korektą czy tam redakcją książki, zwał jak zwał. Dziś, wczoraj w mej pracy codziennej przygotowywałam różne teksty, poprawiałam cudze błędy, formatowanie, literówki, fleksję, składnię, ortografię. Teraz popijam lemoniadę w ulubionej kawiarni i kreślę ten krótki tekst w przerwie dłubania magisterki, świeżo po spotkaniu z promotorem, który zaproponował mi formalnie doktorat i zapowiedział starania o zatrzymanie mnie na Wydziale na dłużej. Czemu w ogóle chciałam to zamienić na coś innego?

Z ludźmi z Google żegnałam się w ogromnie pozytywnej atmosferze. Nie mogę narzekać – w przeciwieństwie do wielu relacjonujących rozmowy tam w sieci – na to, że ktoś mnie traktował nie w porządku albo zadawał niezwiązane pytania. Zaryzykuję stwierdzenie, że w życiu nie miałam równie przyjemnie stresujących pięciu tygodni. Przynajmniej nie zauważyłam dzięki temu, że mój Mac wciąż nie dotarł.