Hipsters gonna hipst

Mówią, że festiwal bez deszczu się nie liczy. W sobotę myślałam sobie, że jak tak dalej pójdzie, to zamiast „kalosze jak na Glasto” będziemy mówić „kalosze jak w Kato”. Ale jakoś to poszło.

Sierpień to jest ten miesiąc w roku, kiedy wymieniam jakąś połowę moich muzycznych zasobów. Do kolejnego sierpnia z tej wymiany pozostanie w łasce może jedna trzecia nowych dźwięków, ale samo czynienie zapisków, co mam sprawdzić, a czego nie ruszać to podstawowa przyjemność wyprawy do Doliny Trzech Stawów. Na trzecim, czwartym OFF-ie usiłowałam jeszcze przygotowywać się do wyjazdu, przedzierać się przez opisy na stronie internetowej i słuchać na YouTube po kolei tego, co według opisów powinno mi się spodobać. A potem tygodniami leczyć się z mętliku w głowie. Ale wyrosłam z tego i od jakiegoś czasu jeżdżenie na OFF Festival kompletnie w ciemno to najprzyjemniejsza z rozrywek.

W tym roku urządziłam sobie prawdziwą ucztę, bo pojechałam na caluteńkie trzy dni. Po paru latach kompromisów z rzędu postawiłam sprawę jasno, wzięłam wolne w pracy i w piątek przed szesnastą wymieniłam karnet na pomarańczową opaskę (znów zapiętą za luźno i z majtającą się resztką paska: mój nadgarstek ma jakąś dziwną właściwość, choć obsługa zapina mi ten plastik zawsze okej, jakoś pierwszej nocy bez większych problemów zsuwam go z ręki; drobiazg, a drażni i stresuje, bo co, jak mi ochrona w niedzielę na przykład zarzuci, że z za luźną opaską nie wejdę?).

Piątek

Zaczęłam od Snowman na Głównej (tak, będę mówić na nią „Główna”, a nie mBanku, bo raz, że nazywanie sceny nazwą marki jest słabe, nawet jeśli to mecenas, a dwa, bo tak mi z Mysłowic zostało już chyba na dobre) i nie mogłam zorientować się, skąd powinnam ich znać aż do po koncercie, kiedy doczytałam, że przecież frontman Snowman to ten nowy Rojek w Myslovitz. Szkoda, że już było po wszystkim, nie mogłam się pobawić w próby podstawiania jego głosu w stare Myslo kawałki.

Chyba jestem w ogóle bardzo sentymentalną osobą, bo odkąd szukając w 2008 roku ciepła w budynku (!) Sceny Eksperymentalnej trafiłam na fenomenalne Modified Toy Orchestra, chętnie kieruję swoje kroki do tego namiotu z drewnianą podłogą, choć to, co dzisiaj nazywane jest „eksperymentalnym” już od dawna mnie tak nie cieszy. I tak oto dałam się skusić na koncert Pana z Wielkim Instrumentem – Colina Stetsona – który nie przeszedł testu kwadransa i szybko uciekłam na Profesjonalizm pod Scenę Leśną, gdzie nauczyłam się, że powinnam reagować na pojawiające się w opisach słowo „jazz”, bo to nigdy nie jest to, co mi się wydaje. Podążając więc za intuicjami rodem z książeczki, przeniosłam się później na koc pod drzewami przy Scenie Głównej cieszyć się filtrowanymi przez deszcz dźwiękami Kurta Vile‚a.

Uprawiając festiwalowy jogging, wylądowałam znów w eksperymentalnym namiocie – tak, uciekając (niezbyt skutecznie) przez wilgocią i (nazbyt skutecznie) przed zimnem – na koncercie Demdike Stare. A ponieważ nie bardzo cieszy mnie patrzenie na dwóch gości przy swoich świecących jabłuszkiem maczkach, usiadłam na deskach i pierwszy raz cicho sklęłam pod nosem akustyka (ja! z moim poziomem ignoranctwa! nawet ja zauważyłam, że coś jest nie tak, przebóg), a zaraz potem – człowieka siedzącego niedaleko, który znużony chyba nadmiarem eksperymentu w eksperymencie uznał za stosowne niezwykle agresywnie opowiadać kompanowi historie z życia, coś o mieszkaniach, wyzyskach i koronach. Może powinnam mieć więcej asertywności w sobie i zwrócić mu uwagę zamiast teraz pisać passive aggresive, ale jakoś niedobrze mu z oczu patrzyło.

Słuchanie pewnej ilości nowej zupełnie muzyki bywa męczące, miło więc odświeżyć sobie synapsy przez koncert czegoś, co zna się i lubi. I tak wylądowałam w tłumie na Nosowskiej, gdzie zmokłam po raz chyba trzeci tego dnia i trochę żałuję tej festiwalowej decyzji. W (stosunkowo) suchym namiocie Trójki bowiem grali wtedy Chromatics, podobno znakomici. Zadowoliłam się zrobieniem notatki, że mam się nimi bliżej zainteresować po powrocie i uciekłam na leżaczek z widokiem (czy raczej: z odsłuchem) na Leśną, bo zaczynało się tam Death in Vegas. Pierwsze dla mnie objawienie festiwalu, tak, odkrywam na nowo moją słabość do elektroniki (obok pociągu do trąbki i skrzypiec w indie rocku, ale to dygresja). Tym niecierpliwiej czekałam na Metronomy, po drodze spędzając chwilę przy Charlesie Bradleyu (publiczność bawiła się setnie, ja oszczędzałam siły, zresztą nieszczególnie mnie pociąga taka estetyka i wolałam wtedy coś przekąsić) i, trafiwszy na suchy leżaczek przy Kawiarni Literackiej, ciesząc się ciepłą kawą przy Mazzy Star i widoku na gwiaździste przez chwilę niebo.

Innym – prócz słów-kluczy w opisach – schematem, według którego poruszałam się po festiwalowym grafiku było pochodzenie wykonawców. Brytyjskość nie zawiodła ani razu. Metronomy, prosto z Totnes, absolutnie mnie porwało. Pomyślałam sobie potem, że to ten sam trend, co z filmami, które ostatnio wybieram: chcę się po prostu bawić, dobrze bawić, nie męczyć trudnymi dźwiękami. Tańczyć, zamknąć oczy, oddychać.

Na Atari Teenage Riot nie starczyło mi już potem sił: brutalność tej muzyki szybko wymazywała przyjemne poczucie, które pozostało mi w głowie po Metronomy, więc uciekłam. Przypomniało mi się to później, kiedy w niedzielę Katon mówił, że nie pójdzie na następny koncert, bo za silne wrażenie zrobił na nim Dâm FunK.

Sobota

Poranki w Katowicach przyjemnie było spędzać w Coffeeheaven na Stawowej, gdzie obsługa była zresztą chyba trochę zaskoczona ilością żądnych świeżej kawy. Teren festiwalu otwierał się dopiero gdzieś po trzynastej, więc ranne ptaszki niewielki miały wybór, jak tylko organizować sobie czas w centrum Śląska. Można się było podobno załapać na wycieczkę do Nikiszowca: ale spacer ten, ogromnie, jak mówili, oblężony, był rozrywką dla nielicznych. Późno go zresztą ogłosili, może właśnie dlatego?

Kalosze tego dnia można  było zostawić w domu, ale kto by się tego spodziewał po takim piątku. Wmaszerowałam na teren festiwalu chwilę po tym, jak Coldair skończył na Eksperymentalnej; powędrowałam więc na drugi koniec miasteczka i trafiłam na koncert grupy o najbardziej pretensjonalnej nazwie, jaką kiedykolwiek słyszałam. Beneficjenci Splendoru grali jednak przyjemnie i miło się ich z rozłożonego w słońcu kocyka słuchało. Nie ruszając się ani o centrymetr, w tej samej pozycji cieszyłam się równie przyjemnym koncertem Kristen. To jest bardzo fajna, bardzo dla mnie OFF kategoria występów: słuchasz z dużą przyjemnością, bez ciśnienia, bez doznawania (och, to słowo!).

Z jakiegoś powodu – teraz już nie pamiętam, dlaczego – chciałam usłyszeć Kobiety na Głównej, ale nie porwała mnie szczególnie ta muzyka. Wróciłam do namiotu na Cool Kids of Death (teraz pomyślałam, że może na Kobietach wylądowałam przez negację) i to był dobry pomysł. Obudziłam się trochę i chociaż potem nie bardzo było na co pójść (w tamtej chwili dotarło do mnie, jak wiele ciężkiej nuty w tegorocznym lineupie, Tides from Nebula i Blindead to o wiele dla mnie za mroczne klimaty, dopiero z oddali brzmiało), to przed Retro Stefson nie można już było dłużej zamulać na trawie. Co się działo w tym namiocie! Zupełnie zawładnęli tłumem. W życiu chyba nie skakałam na koncercie z równą radością :-). Islandia lubi udowadniać, że za co się w muzyce nie wezmą, są w tym niezrównani. Wideo z dedykacją dla Piotra!

Byłam przygotowana na to, że nic mnie już może tego dnia tak nie ucieszyć (ach, uroku niezbadanego lineupu!), tymczasem Other Lives na Leśnej (opisywani jako „odpowiedź na Radiohead albo najpoważniejsza konkurencja dla The National”, musieli więc zwrócić moją uwagę) dało znakomity koncert i choć chciałam posiedzieć na kocyku i odpocząć, szybko zweryfikowałam ten plan. Odpoczynek za to znalazłyśmy z Katlą niebawem w namiocie eksperymentalnym, gdzie Mikołaj Trzaska grał „Różę” i choć brakło mi tam wizualizacji czy klipów (czy czegoś), cienie na suficie plus kolektywna wyobraźnia nadrobiły. Szkoda, że przed Trzaską znów trafiła mi się dziura w programie: Baroness zrobiło na mnie takie samo wrażenie jak wcześniej Blindead, a rapu nie lubię, więc Dominique też mnie nie przyciągnęła. No ale nie da się wszystkich zadowolić, zresztą: naprawdę nie było w sobotę na co narzekać!

Zajrzałam na chwilę na The House of Love, ale nie poczułam się szczególnie wciągnięta w klimat i uciekłam na Główną na Thurstona Moore’a, którego słuchało mi się z o wiele większą przyjemnością. Czekałam jednak tak naprawdę na coś, co miało w opisie marimbę, a że najlepsze jak dotąd koncerty festiwalu miały wspólny mianownik w postaci dobrej imprezy, wystarczyło dodać dwa do dwóch. Zupełnie przypadkiem – źle przeczytałam tabelkę w programie – wylądowałam pod Sceną Leśną, gdzie od pierwszego dźwięku zakochałam się w The Antlers. Napisałam potem, że słuchanie ich na żywo da się porównać z pływaniem w głębokiej, przejrzystej wodzie (z ciekawszych porównań: „Antlers – the feeling of having stood in the corner of the party all night and going home alone, crying on your bike” (src: twitter)). Światło ze sceny robiło swoje, oczywiście, ale jakoś nie mogłam odpędzić od siebie myśli, że wreszcie znalazłam coś, co ma ten sam pierwiastek, który lubię w muzyce Hatifnats, ale wreszcie realizowany w sposób, do którego nie mam zastrzeżeń.

Do namiotu na południowoafrykańskie rytmy Shangaan Electro też trafiłam, bo nie umiałam odpuścić, i zastałam tam absolutne szaleństwo. Na scenie dzikie pląsy, ludzie dokoła w szale (i ten charakterystyczny zapach dookoła), tupanie w dzikim tempie w drewnianą podłogę, szerokie uśmiechy, kompletne wariactwo. Spędziłam tam kwadrans, bardziej z uciechą obserwując ludzi niż uczestnicząc w zabawie – miałam jednak wciąż w uszach poprzedni koncert.

Wreszcie na głównej gwiazda wieczoru, Iggy and The Stooges. Czyli dla jednych doznanie porównywalne z Bóg-wie-czym, dla innych obrzydliwy półnagi dziad i zagrania pod publiczkę („The Passenger”). Mnie nie zachwycił, nie poruszył, ale i nie zniesmaczył, a przy Pasażerze się uśmiechnęłam. I tak mi ten dzień środkowy minął.

Niedziela

Przebierałam się tego dnia chyba ze trzy razy (przebieranie się w toi toiu to coś, co trzeci rok z rzędu będzie mi się kojarzyć z OFF-em; Katla podsunęła pomysł festiwalowych przebieralni, no na tak hipsterskim festiwalu, gdzie strój znaczy TAK BARDZO DUŻO to rzeczywiście wydaje się ogromnie sensownym posunięciem!), baleriny na kalosze i znów na baleriny, bluza na koszulkę i znów na bluzę, kosmos. Ale nie ma co tracić ducha, grunt to komfort.

Zmierzając sprężystym, kaloszowym krokiem do doliny słuchałam sobie z przyjemnością dźwięków Keira Is You z Główne. Nim dotarłam do festiwalu bram, skończyli swój ledwo półgodzinny występ, poszłam więc od razu posłuchać The Saturday Tea – zwycięzców konkursu – na Leśnej i zatęskniłam za czasami, kiedy na plażowej scenie w Mysłowicach grało White Rabbit’s Trip; tegoroczni goście nie prezentowali sobą niczego ciekawszego niż sto innych zespołów grających „alternatywnego rocka”. Za to Minerals w namiocie było ogromnie interesującym soundtrackiem do leżenia w słońcu i kiwając z uznaniem głową dopisałam ich do listy muzyki do sprawdzenia w wolnej chwili. Podobnie pozytywnie nastawiły mnie dobiegające ze sceny dźwięki Levity, choć prędzej widzę ich w zamkniętej przestrzeni niż na plenerowej scenie (choćby na tej nieszczęsnej eksperymentalnej).

Festiwalowe namioty też doświadczają kryzysu trzeciego dnia i w Trójkowym dało się odczuć niemożliwe do wywietrzenia, ciężkie, wilgotne powietrze. Nawet to nie przeszkodziło Afrojaxowi wyskoczyć na scenę w ciężkim płaszczu i w rękawiczkach. Koncert dał brawurowy, nic dziwnego, że skończył w samych slipkach.

Strefa gastro jako uniwersalne miejsce spotkań wszystkich ze wszystkimi to już trochę klisza. Zasada jest prosta: wpadasz na nich tylko, jeśli nie szukasz. W innych wypadkach możesz skończyć z melonową lemoniadą w ręku, tańcząc na środku trawnika do przypadkowo zasłyszanego z Leśnej Fanfarlo. True story. Aż porzuciłam quest poszukiwawczy i podążyłam za dźwiękiem.

Chciałam dotrzeć też na Jacaszka; to w końcu jakieś tam moje dawne festiwalowe odkrycie. Zatrzymałam się jednak w pół kroku pod Sceną Główną: znam ten dźwięk. To niemożliwe, przecież zespoły, które znam na OFF-ie mogę policzyć na palcach jednej ręki i TO nie jest jeden z nich. A jednak, nie da się z niczym pomylić tej nuty. Podeszłam bliżej, patrzę na ekipę na scenie, a to ten gość w garniturze z koncertu The Maccabees w Alexandra Palace, tego jedynego koncertu w Londynie, na który się w czerwcu wybrałam; ten zespół, który miałam sprawdzić już wtedy, o którym zupełnie zapomniałam, a który tak pozytywne na mnie zrobił wrażenie, jak mało który support (BTW: The Maccabees też poznałam i polubiłam jako support, grali przed Editors w Krakowie w 2009). Baxter Dury, nazwa, której nie jestem w stanie zapamiętać, więc wszędzie ją sobie zapisuję. Znów brytyjskość gwarancją sukcesu (tak, tęsknię za Londynem, jakby ktoś pytał).

Nie byłabym w stanie cieszyć się koncertem The Twilight Sad choćbym chciała, nie po przeczytaniu w książeczce: „Szkocka formacja The Twilight Sad wykonuje muzykę, w której chłód krautrocka łączy się z punkową prawdą, a wszystko to spowija hałaśliwa mgła shoegaze’u. Albo, mówiąc prościej – wykonuje bezbrzeżnie smutną, ale i głośną muzykę, rozpisaną na rozdzierający serce głos Jamesa Grahama oraz gitarę, perkusję, akordeon i niezidentyfikowane hałasy.” Apel: twórcy książeczki festiwalowej, litości!

Znalazłszy więc Piotrka, Mateusza i Tomka w tłumie w gastrostrefie, zrobiłam sobie przerwę w koncertach. Trudno zresztą było znaleźć coś dla siebie, a i mnie dopadł kryzys trzeciego dnia konw… festiwalu i coraz trudniej było się dobrze bawić przy muzyce, której nie znałam. Przy Dâm FunK jeszcze miałam świadomość, że oto słucham muzyki, przy której w piątek bawiłabym się świetnie, ale tu jakoś mnie zmogła. A najlepszym dowodem kryzysu niech będzie to, że wysłuchałam początku koncertu Battles, po czym dałam się przyciągnąć do namiotu na Conana Mockasina i gdy zorientowałam się w swoim błędzie, nie miałam już sił wrócić pod Scenę Główną. I siedzę teraz, słucham Battles na YT i pluję sobie w brodę.

Stephen Malkmus & the Jicks to ostatni koncert, który zobaczyłam (chyba tylko dlatego, że był niedaleko, na Leśnej). Brakło mi uwagi do śledzenia skomplikowanych gitarowych zawijasów (swoją drogą, zmieniać gitarę po każdym kawałku) i myślami byłam już na leżaczku, a w dalszej perspektywie – gdzieś w drodze do domu. Nie miałam ochoty na Swans ani siły na Chrome Hoof grające Hydrozagadkę (choć trochę mi żal, nie ukrywam). Pragnę też w tym miejscu podziękować Piotrkowi za ogarnięcie mojego powrotu do domu i Mateuszowi za podwiezienie; skandal, żeby ostatni środek transportu z Katowic do Krakowa odjeżdżał o 23:25…

I jeszcze jedno: pierwszy raz po powrocie nie jestem chora!

  • Zazdroszczę Malkmusa. No ale urlopu na trzeci weekend z rzędu bym nie dostała. Może za rok.

    +1 dla podejścia „nie będę się męczyć muzyką, chcę się dobrze bawić”.

    • ingie

      „Urlopu na weekend” <3