Z powrotem

W pustej półce na książki jest jakaś obietnica. Ustawiłam ją póki co na miejscu, dziwnym trafem zmieściła się w niedużej wnęce tuż obok parapetu, choć wcale jej pod tym kątem nie mierzyłam. Wytarłam półki z kurzu. I czeka.

Każdą nowo kupioną rzecz trzeba umyć, wypłukać, przetrzeć. Nie zapomnieć zedrzeć metki, wygrzać nowych patelni, blaszek, tostera. Rozgardiasz nie maleje, mimo licznych wizyt w dziale „Przechowywanie” w ulubionym szwedzkim sklepie; przenosi się tylko z jednego punktu na podłodze w drugi. Dzisiaj centrum pokoju okupują nieokiełznane ciągle tomiszcza i teczki z notatkami, dla których specjalnie zostawiłam najniższą, większą półkę.

Przynajmniej porządek na biurku w pracy mam przykładowy (nie może być inaczej w takim towarzystwie). Tylko tapeta ciągle windowsowa – ten uspokajający widok na zielone wzgórze – bo nie mam czasu szukać czegoś bardziej inspirującego. Jest dużo do zrobienia, tak jak myślałam, tak jak chciałam. Śmiali się ze mnie, kiedy cierpiałam na jet lag po zmianie strefy czasowej o całą godzinę – teraz nie było czasu cierpieć na nic prócz chronicznego niedospania. Polecam na przyszłość prosty sposób na bezproblemowy powrót z półrocznego urlopu: spędzić bezsenną noc na lotnisku, w zasadzie prosto z lotniska pojechać na całonocną imprezę, a w najbliższy dzień roboczy iść na ósmą do pracy. Najlepiej do takiej, w której sporo się dzieje!

Nie wiem, gdzie uciekły dwa tygodnie. Dopiero co myślałam „wczoraj o tej porze byłam w Londynie” – a teraz prawie zapominam, że kiedykolwiek tam byłam. Dobrze, że są zdjęcia i że mam świadków.

Nie wiem, na ile to powszechne, ale chodzę po Krakowie i myślę bez przerwy: wszystko się zmieniło i nic się nie zmieniło. Prowincja jak co lato, pusta w środku, gwarna na zewnątrz; w Novum z kolei póki co nieskończenie spokojniej, choć high season, niż na jesieni, kiedy teoretycznie mieliśmy ten czas zimowego przedrekrutacyjnego snu. Popołudniowe spacery na Kazimierzu dokładnie takie, jak bardzo dawno (wydaje mi się) temu. Kończą wszyscy dookoła studia i już za chwilę nic już nie będzie jak przedtem. Ale patrzę na Wawel i stoi jak stał, więc chyba nie tak wiele się zmienia, zresztą, najbardziej w tym wszystkim zmieniłam się ja (i to jest to miejsce, ten blog, gdzie mogę to napisać zupełnie bezwstydnie).

Nie ma jeszcze kota. Za to przepisałam umowę najmu na swoje nazwisko. Rachunek z gazowni będzie przychodzić na mnie. Dorosłość, dorosłość.

  • Wiem, że porównywanie Twoich doświadczeń z moimi może się już robić nudne, ale znów muszę przyznać, że dobrze Cię rozumiem. Mnie też zaskoczyła łatwość, z jaką na powrót poczułam się w Krakowie jak w domu po _rocznym_ pobycie w Oslo. Sporo się zmieniło po pójściu do pracy, zaczęłam inaczej doświadczać Krakowa, ale ostatnio mam nawrót tego studenckiego pragnienia włóczenia się po kawiarniach. To pewnie przez tę pogodę.

    • ingie

      Nie robi się nudne, mnie nieodmiennie fascynuje. Dla mnie największym szokiem jest ten powrót do dokładnie tej samej pracy. Zupełnie kuriozalnie, ale nadspodziewanie trafnie rzuca mi się metafora kanapki, wiesz? Że ta część życia jest identyczna, jak ta przed, ma tylko nieco inny posmak, bo przesiąkła tym, co było pośrodku :P.