Szczury i ludzie

W żaden sposób nie mogę uwierzyć, że minęły już dwa tygodnie. Myślałam, że czas biegnie szybciej w Londynie, tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Nagle jest połowa lipca. I ciągle nie skończyłam wrzucać zdjęć z Londynu, doprawdy, sama siebie nie poznaję.

Mówię i myślę o pracy bardzo dużo. Tłumaczę sobie, że przecież nie może być inaczej, skoro oddaję jej tak olbrzymi fragment życia. Ale też mam poczucie, że choć cudny, ogromny dystans przywieziony z Wysp już się wyczerpał, to jednak moje podejście do biura ewoluowało tak dalece, że z trudem rozpoznaję w sobie tam siebie tam sprzed pół roku, sprzed dziesięciu miesięcy.

Nie wiem, czy cieszyłam się kiedyś tak bardzo długim weekendem, jak w tym tygodniu. Poczucie, że zasłużyłam na chwilę odpoczynku, plany na prawie każdy dzień – choć żaden z planów nie jest wyryty w kamieniu i przy tylu możliwościach chyba nawet nie będzie mi bardzo smutno, jeśli coś się nie powiedzie do końca. Czuję, jakby te trzy nadchodzące dni miały trwać nieskończenie długo, jakbym miała w trzy dni nagle odpocząć na tyle, że byłabym w stanie następny miesiąc pracować tak intensywnie, jak ostatnie dwa tygodnie. Śmieję się do siebie z siebie troszkę, ale właściwie tak, taki właśnie jest plan.

Jestem w domu sama z Orwellem. Najpierw trochę się bałam, bo nigdy nie musiałam się sama opiekować zwierzątkiem (zwłaszcza nie swoim), ale chyba się dogadaliśmy. Mam wrażenie, że Orwella nie cieszy myśl, że nie jestem Dorotą, w sumie wcale mu się nie dziwię. Oczywiście, nasze stosunki polepszyły się odkąd zauważył, że pojawienie się jedzenia w miseczce wiąże się z moją ręką wkładaną do klatki. Ciekawe, kiedy oswoi się na tyle, żeby go brać do rączki. Jeże można głaskać po brzuszku. Dorota twierdzi, że szczury też.