OFF OFF OFF

Miałam czternaście lat, kiedy świat po raz pierwszy poważnie kazał mi się zdeklarować, kim chcę być, kiedy będę duża. Nie ma się z czego śmiać, dziecku, które rzadko napotykało w szkole poważniejsze problemy w uczeniu się czegokolwiek, trudno jest nagle zdecydować, z którego przedmiotu od września postanawia być słabym. Wiadomo przecież, że w klasie humanistycznej nie wypada znać się na matematyce, podobnie jak uczeń mat-fizu nie może czytać zbyt wielu książek. Z czegoś trzeba zrezygnować!

Szczęśliwie trafiło się inne kryterium. Siedziałyśmy któregoś dnia z Doris po lekcjach w bibliotece i zdecydowałyśmy: teatr, teatr. Skoro teatr, to nie byle jaki, niech będzie ten sławny szkolny zespół przy liceum Konarskiego (tak sobie możemy to tłumaczyć, opowiadać, jak gdyby nie było jasne od początku, że  nie bardzo jest w okolicy inna dla nas możliwość kontynuowania edukacji; ale o ile romantyczniej to brzmi!). Przyszło nam potem blisko rok walczyć z bezwzględnością planu zajęć uczniów klasy pierwszej, żeby w ogóle móc chodzić na próby. Dziś myślę, że był to jeden z najszczęśliwszych spontanów, jakie mi się trafiły. Moja droga z teatrem rozeszła się krótko po liceum, kiedy to rozczarowała mnie krakowska teatrologia, ale Doris gra dziś w zespole Gardzienic. Kiedyś mówiłam jeszcze, że z przygody teatralnej ostała mi się dobra dykcja, szkoda, że, jak to zwykle bywa, i to ulotniło się gdzieś, kiedyś, niećwiczone.

Ewa zaproponowała, żebyśmy wybrały się na spektakl w ramach spędzanego razem dnia. Cieszą mnie zawsze takie niespodziewane propozycje, po których nie wiadomo, czego oczekiwać. Grał Teatr Bez Rzędów (od razu przypomniało mi się nasze Na Stronie, a obok niego wszystkie szkolne zakurtynia i didaskalia, i inne czerpiące z metajęzyka teatru nazwy) w dobrze ukrytej w bramie Kanapie Kulturalnej. Scenariusz oparto na Opowieści o zwyczajnym szaleństwie Zelenki; w zasadzie wystarczy to nazwisko, żeby zachęcić mnie do przyjścia, choć nie mam pojęcia, skąd mi się ta słabość do niego wzięła. Sala Kanapy wystarczająco oddalona była od ulicy Karmelickiej, żeby tramwaje nie zakłócały przedstawienia. Była też dość mała, żeby piętnaście (?) osób skupionych na widowni sprawiało wrażenie tłumu. Kameralnie.

Scena była pudełkowa. Całkiem dosłownie, bo owinięta cała kartonem. Na środku stół zbity z piślniowej płyty, poza tym staromodny telefon i rozpadający się odkurzacz. A wśród tego trzech młodych panów w roboczych uniformach, zmieniających role jak rękawiczki (wszędzie te skojarzenia, Brzydkie rzeczy tym razem). Muzyka świetnie punktuje sceny, światło zaznacza trafnie zmiany scen i przejścia czasowe. Nie ma tu nic z teatru amatorskiego (czego się, muszę się przyznać, po plakacie i opisie spodziewałam), zresztą, kiedy się w opis zespołu na stronie parku linowego Leśny Tabor wczytałam, zrobiło mi się nieco głupio – do amatorów temu zespołowi bardzo daleko.

Kilka godzin wcześniej wybrałyśmy się na jeden z pokazów w ramach Off Plus Camera, zobaczyłyśmy film biorący udział w konkursie – KiRzecz fatalna, scenariusz płaski, zagrane to bez polotu, męczące, irytujące kino. I wmawiają ci jeszcze formułą pokazania go (że w ramach festiwalu, że konkurs główny polskich filmów fabularnych, że takie to off i achh), że takie to ciekawe. A tu sedno tego sobotniego obcowania z kulturą tkwiło nie w Aneksie, a w zimnej bramie przy Karmelickiej. Ogromnie przyjemne zresztą.

Słuchajcie, spektakl można jeszcze zobaczyć. W tym samym miejscu, o tej samej porze, w poniedziałki 23 i 29 kwietnia.

Manekin w Krakowie
Teatr Bez Rzędów (Rzeszów), reż. Lech Walicki, obsada: Lech Walicki, Grzegorz Eckert, Łukasz Pracki
KaNaPa Kulturalna, ul. Karmelicka 18
bilet: 10 złotych polskich nowych