Z kronikarskiego obowiązku, rzecz o samorządzie

There shall be a Students’ Union in the name of the Students’ Union, University of Greenwich (hereinafter called “the Union”).

Doświadczenia ze studenckim samorządem na UoG miałam dokładnie dwa.

Pierwsze: chciałam sobie kupić hamerykańską w stylu, uniwersytecką bluzę. Samorząd tutejszy prowadzi bowiem internetowy sklepik, gdzie można się zaopatrywać w podobne dobra, a że był styczeń, czas wielkich obniżek, to się skusiłam. Przygoda z zakupami w samorządzie potrwała koniec końców dobry miesiąc (nie jest łatwo bez plastikowej karty kredytowej, moi drodzy, nie jest łatwo), osiągnęłam z odpowiedzialnym za sprzedaż przedstawicielem samorządu kompromis w postaci umówienia się na zapłatę żywą gotówką z rączki do rączki w siedzibie organizacji.

Czyli w osobnym, okazałym budynku, położonym w pewnym oddaleniu od głównego kampusu, tuż przy wejściu do Greenwich Park. W przedsionku powitała mnie wielka drewniana tablica z wypisanymi nazwiskami tegorocznych przedstawicieli. Powiało fraternities rodem z hamerykańskich filmów, przeszłam przez drzwi (na których liczne ogłoszenia ostrzegały, że w dowolnym momencie dowolny człowiek może zażądać od niebacznego okazania legitymacji), stanęłam przed recepcją. Drzwi w prawo – zamknięte, drzwi w lewo – zamknięte. Nie przejdziesz bez wiedzy sekretarki. How can I help you? – usłyszałam, odpowiedziałam więc uprzejmie, w czym rzecz, po czym padło: Do you have an appointment? Ha, one does not simply walk into the Cooper Building, pomyślałam. Appointment szczęśliwie miałam, zadzwoniono po właściwego człowieka, który wyszedł na recepcję ze mną porozmawiać. Sprawia załatwiona, więc wyszłam, czułam się jednak trochę jak w Forcie Knox.

Za oknem widać budynki campusu

Drugie doświadczenie wiąże się z tym, że mam okazję być w Greenwich w czasie wyborów (ciekawostka: ulotka w skrzynce sugeruje, że mogłabym pójść zarejestrować się jako wyborca w nadchodzących wyborach prezydenta Londynu, ciekawe, czy rzeczywiście) przedstawicieli na nadchodzącą, roczną kadencję. Nie spędzam co prawda szczególnie wiele czasu na kampusie, ale nie mogę powiedzieć, żeby gdzieś w akademiku czy w okolicach „moich” budynków widać było szczególne wyborcze poruszenie wcześniej niż w przedwyborczy piątek. To wtedy zaczepiło mnie dwóch nieszczególnie rozgarniętych kandydatów i nieszczęśliwie wdali się ze mną w rozmowę. Pomysły mieli interesujące – przedszkole przyuniwersyteckie, biblioteka dwudziestoczterogodzinna (teraz jest otwarta do północy) – jednak wykładali się na jakimkolwiek pytaniu o sposób realizacji postulatów, milkli niezręcznie przy moim „a co na to rektor?”, „a kto za prąd w bibliotece nocą zapłaci?”. Chyba nie przywykli do tego, że ktoś ich o coś może rzeczywiście pytać. Oczywiście, zarzucali obecnej ekipie przeraźliwą niegospodarność, zapytałam więc, czy można się gdzieś zapoznać ze sprawozdaniami finansowymi. Popatrzyli po sobie, ale pewnie odpowiedzieli, że choć zarząd ma taki obowiązek, to ich nie publikuje i nigdzie nie można ich sprawdzić. Nieładnie wprowadzać w błąd, chłopcy, jeśli się nie zna odpowiedzi. (Inna rzecz, że po lekturze samorządowej konstytucji nie widzę tam obowiązku publikowania sprawozdań…)

Tym ciekawiej było mi obserwować sam czas wyborów, czyli trzy kolejne dni w ubiegłym tygodniu. Każdy kampus miał swój punkt wyborczy – w Greenwich była to biblioteka – gdzie postawiono budki do głosowania i posadzono pilnujących wyborów przedstawicieli samorządu. Głosować ostatecznie nie głosowałam (jakoś wydało mi się to dziwnym, skoro krótko tu jestem, a przyszłej kadencji, oczywiście, nawet nie doświadczę), poczęstowałam się jednak wyborczym folderkiem, rzeczą bardzo użyteczną. Pełną informacji o samorządzie, z kompletem wyborczych programów i postulatów.

Informator wyborczy

Jak wnioskuję z wykresów i opisów, sama organizacja działa tu dość podobnie: jest zarząd wykonawczy (przewodniczący, troje wiceprzewodniczących o określonych zakresach obowiązków, coś jak nasi szefowie komisji stałych – te cztery funkcje to pełnopłatne etaty – i ośmioro członków), jest rada studentów (zarząd + przedstawiciele organizacji studenckich + po dwóch przedstawicieli z każdego wydziału), same wydziały mają przedstawicieli zgodnie z zasadą 1 : 250. Szkoda, że opisano tylko kompetencje członków zarządu – żeby dowiedzieć się, jaka jest rola rady studenckiej w funkcjonowaniu uniwersytetu albo czy przedstawiciele wydziałów formują jakieś wydziałówki, musiałam zagłębić się w konstytucję samorządu (och, zboczenie studiowania aktów prawnych gdzie się nie ruszę, czego się nie tknę…). Ogromnie ciekawe jest z kolei to, że żeby być przewodniczącym lub wiceprzewodniczącym samorządu, trzeba albo być absolwentem, albo wziąć dziekankę. (Przy okazji posarkam sobie na to, jak cholernie się trzeba napocić, żeby znaleźć jakiekolwiek sensowne informacje na temat tego samorządu tutejszego, niby taka strona ładna, a jaka pusta. Miejcie mnie za pedantkę, ale naprawdę byłam ciekawa, jakie mają źródła finansowania, czy publikują sprawozdania z działalności, czy wyborca jakoś może sprawdzić, co faktycznie w ciągu roku zrobili jego przedstawiciele. Inaczej niż zagłębiając się pdfy z aktami prawnymi albo w protokoły z zebrań – nie może. Koszulkę kupić może.)

Ordynacja za to trochę się różni. Wybory są bezpośrednie i nie głosuje się tylko na jedną osobę, ale wszystkich kandydatów trzeba ułożyć w kolejności preferencji. Jest też opcja RON (Re-open Nominations), którą można się posłużyć w przypadku, gdy żaden z kandydatów nie odpowiada głosującemu. Co bardzo ciekawe, brać studencka wybiera też przedstawicieli do NUS (tutejsze PSPR, jeśli już wszystko przekładać na nasze). Przedstawicieli wydziałów wybiera się w osobnym głosowaniu, odbywającym się w pierwszym semestrze (demokracja pełną gębą! to znaczy bowiem, że studenci UoG głosują równo co pół roku). Przed chwilą chciałam na stronie SUUG sprawdzić wyniki głosowania: cóż, potrzeba do ich zliczenia jeszcze tygodnia, tyle bowiem wpłynęło skarg, że trzeba je thoroughly rozpatrzyć.

Zapytałam spotkanych w bibliotece przy okazji wyborów studentów, czy mam słuszne wrażenie, że trochę to wszystko oderwane od codzienności. Że siedzi ten samorząd w budynku przy innej ulicy i poza wyborami w zasadzie wiele go na co dzień nie widać. Że zarządzają w nim ludzie, którzy na co dzień nie studiują, więc i to oderwanie przychodzi im naturalnie.

Bo kiedy moi Duńczycy dziwią się, że nikt nie chodzi do samorządowego pubu, mnie to jakoś nie zaskakuje.

Z ciekawostek z konstytucji SUUG
(jak już się naczytałam, to niech coś z tego będzie; losowo)

  • Raz w roku odbywa się posiedzenie zatwierdzające sprawozdania i ustalające strategię na kolejny rok. Na to posiedzenie przychodzą członkowie samorządu (czyli normalni studenci; żeby przestać być liczonym jako członek, trzeba podpisać „formularz wycofania się” przy składaniu dokumentów na uniwersytecie), a kworum jest ustaone na 50 osób, nie licząc zarządu. Bez kworum nie można rozmawiać, a jeśli kworum nie zbierze się w pół godziny – następuje regulaminowy koniec zebrania. I w momencie, kiedy kworum było, ale już go nie ma – przewodniczący musi zamknąć zebranie. Przypominają mi się te URSS-y, gdzieśmy siedzieli i godzinę, i dłużej, czekając na tę jedną, brakującą osobę…
  • Co trzy lata odbywa się obowiązkowy przegląd konstytucji.
  • Zmiany w niej uchwalają… studenci, nie żadna rada. W referendum, gdzie frekwencja musi wynieść co najmniej 500 głosów (studiuje to ok. 25 tys. studentów), a przewaga – 66%.
  • Nie można zajmować stanowiska dłużej niż dwie kadencje.
  • Jest osobny rozdział poświęcony procedurze zatwierdzania postanowień drogą e-mailową.
  • W zasadzie zarządy są dwa: jeden, o którym już wspomniałam, a drugi, taki „szczebel wyżej”, zawiera w sobie poza zarządem wykonawczym też przedstawiciela uniwersytetu (wyznaczonego przez prorektora), czwórkę studentów i czwórkę co-opted trustees, nie mam pojęcia, co to znaczy.
  • Nie można łączyć żadnych funkcji.
  • Usprawiedliwienie nieobecności trzeba przysłać na piśmie – inaczej uznaje się, że przedstawiciel dobrowolnie zrezygnował ze stanowiska.
  • Cudnie drobiazgowo opisano procedurę omawiania punktów programu! Dwie minuty na wystąpienie proponujące jakieś działanie, dwie minuty na wystąpienie przeciwko, równa ilość wystąpień za i przeciw (!), minuta na podsumowanie części za, minuta na podsumowanie części przeciw, głosowanie. Och <3.
  • Istnieje regulaminowy obowiązek zorganizowania przynajmniej jednego otwartego spotkania wyborczego, na którym kandydaci do zarządu wypowiadają się na temat swojego programu. Każdy kandydat ma obowiązek brać udział w przynajmniej jednym takim spotkaniu, inaczej jest wykluczony z wyborów.
  • Komisja Wyborcza musi zatwierdzić wszystkie materiały wyborcze pojawiające się na kampusie; nie można ich finansować ze środków samorządu.
  • Tutejszy RKN i AZS odpowiadają (przede wszystkim finansowo) bezpośrednio przed SUUG.
  • Jednym z nielicznych pytań, jakie padło w tym roku na dorocznym walnym zebraniu było: czemu w studenckim barze przestaliście podawać dania kuchni afrykańskiej?
  • Vika

    Aldona, nasza korespondentka za wodą :)

    • ingie

      Nie inaczej, w końcu po coś mnie tu wysłali! ;-)