Uniwersytecko

Bo zacząć trzeba by chyba od pytania: po co jedziesz na Erasmusa?

Nie mogę chyba powiedzieć zbyt szczerze, żeby akademickie wysokiej klasy wartości były tym, co mnie do Londynu przyciągnęło w pierwszej kolejności. To nie jest jedna z tych historii, kiedy to dobrze rokujący młody badacz wybywa do ważnego naukowego ośrodka zgłębiać niedostępne nigdzie indziej tajniki swojej dziedziny. Przeciwnie – w pierwszej chwili po przejrzeniu opisu kursów miałam raczej zagwozdkę, czy w ogóle coś wybiorę. I w zasadzie do pierwszego tygodnia tutaj nie wiedziałam nic poza tym, że chcę chodzić na lektorat i odświeżyć francuski. Ale też nie ukrywałam nigdy, że traktuję bycie tu jak (dość ekstrawagancki) urlop. (Co też jest dość interesujące: na pierwszym erasmusowym spotkaniu spięci Duńczycy patrzyli na mnie z zaskoczeniem, jak można brać tak niewiele kursów. Później przez miesiąc z kolei ciągle słyszałam, że za dużo się uczę. Nie dogodzisz.)

A jednak Londyn jest w światowej czołówce jeśli chodzi o edukację (wyprzedził go w cytowanym przez BBC rankingu tylko Paryż, a to dlatego, że w stolicy Francji studiuje się zwyczajnie taniej) i przyjemnie jest z tej reputacji korzystać. Nawet, jeśli uniwersytet, na którym się nie jest nie przoduje w rankingach. Jakichkolwiek. Napotkani z rzadka Polacy dziwią się, kiedy słyszą, że przyjechałam tu z UJ.

Chodzę sobie zwyczajnie na angielski, na francuski, postanowiłam też zabawić się w naukę socjologii (tego jeszcze nie próbowałam, a zawsze mnie kusiło). Zajęcia trwają tu godzinę, dwie godziny lub trzy. Nie ma między nimi przerw, trzeba się nauczyć teleportacji albo zaakceptować fakt, że wszyscy się tu wszędzie spóźniają. Przyjście na zajęcia godzinę później to nie problem – wykładowcy co prawda starają się zdążyć na czas trochę bardziej niż studenci, ale nie zdarzyło mi się chyba jeszcze zacząć żadnych o czasie. Miałam za to wątpliwą przyjemność oczekiwać pod gabinetem na dyżur, który się bez powodu nie odbył. To też podobno nie rzadkość. Nie wiem, na ile to uroki tego konkretnego przybytku wiedzy, a na ile angielskie zwyczaje, ale nieszczególnie przypadły mi do gustu.

Sala zajęciowa
Przeciętna sala ćwiczeniowa. Rzadkie są tablice, na których można coś napisać.

Przyjemnie za to jest mieć wreszcie angielski z Anglikiem, francuski – z Francuzkami (zwłaszcza konwersacje to jazda bez trzymanki, choć z poziomem nie poszalałam, dementuję więc plotki o niezwykle intensywnej nauce tego języka). Wykładowca od kursu socjologicznego przypomina mi nieco doktora Zająca – ten sam niedbały szyk, podobna mimika nawet.

Osobna rzecz to podejście studentów do studiów. Pierwszą wskazówką powinna być moja uwaga na temat spóźniania się: prawdę mówiąc, większość spóźnia się dlatego, że gdyby wykładowcy robili problem z nieprzychodzenia na czas, pewnie nie bardzo mieliby kogo uczyć. W pierwszych tygodniach zaskoczyło mnie to, jak wiele czasu i energii prowadzący wkładają w to, żeby namówić ludność uniwersytecką do pojawiania się na zajęciach, do oddawania prac na czas. Ale w ciągu kolejnych tygodni coraz bardziej było widać, że to jest spory problem. No nie pojawiają się, a jeśli już ktoś przychodzi – niewielu jest przygotowanych. A i tutaj prowadzący stają na uszach, żeby ułatwić życie: na początku semestru każdy dostaje do łapki własną kopię kompletu tekstów, jakie będą omawiane na kolejnych zajęciach wraz z rozpiską pytań, jakie do owych tekstów zostaną na seminarium zadane. I nic. Na francuskim lektorka poci się, żeby wyegzekwować od kogokolwiek odpowiedź na najprostsze pytanie; zainteresowanie licznej skądinąd  grupy jest bliskie zeru. Kiedy przychodzi o tematu miasta jako przestrzeni badań socjologicznych, jedyne pytanie, jakie pada w dyskusji, to „skąd jesteś?”.

Choć przed wyjazdem kładziono mi do głowy raz, że tu będzie Nauka przez duże N – mam wrażenie, że jest tak samo, jak wszędzie, co szczególnie nie zaskakuje (jasne, moja wizja szkolnictwa średniego w UK jest w sporej mierze oparta na Skins), ale jednak nie pasuje do obrazu idealnego centrum edukacyjnego, podobno lansowanego w mediach. A nawet tęskno mi trochę do naszego polonistycznego przeakademizowanego może troszkę zadumania. Tym samym dociera chyba do mnie prawda (przeczuwana od dawna, ale w którą nie wszyscy malkontenci skłonni są wierzyć), że nie jest tak, że pierwszy lepszy zagraniczny uniwersytet będzie z definicji lepszy od najlepszych polskich uczelni.

Kafeteria

Chciałam urlopu, mam urlop. Z kursu socjologicznego koniec końców zrezygnowałam. Znalazłam sobie tu w Londynie parę zajęć trochę bardziej absorbujących niż uczelnia, dłubię w końcu w tej magisterce mej nieszczęsnej, przez blisko miesiąc zajmowała mnie żywo Oficyna Poetów i Malarzy, ostatnio był wysyp zleceń i ładna pogoda. Brakło czasu na napisanie pracy zaliczeniowej (niewiele się tu zdaje egzaminów, jeśli się na pół roku przyjeżdża), brakło entuzjazmu neofity, żeby podstawy socjologii w dwa miesiące nadrobić na tyle, żeby zadowolić mój perfekcjonizm. Ale z chodzenia na wykłady się cieszę, bo przyjemnie się słuchało.

Miałam na angielskim jakiś czas temu zajęcia z prowadzenia notatek (tak, moi drodzy, na trzecim roku – bo to kurs z tego poziomu – uczy się studentów robienia notatek na wykładach). I jakeśmy byli wszyscy obcokrajowcami, zbuntowaliśmy się. Wywiązała się z tego buntu interesująca dyskusja na temat sposobu, w jaki powinno się wykład wygłaszać. Otóż tu, jak wszędzie, wielu jest błądzących prelegentów, odczytujących wykład z wyświetlanych slajdów. Slajdy te wrzucają potem na Moodle razem z notatkami z zajęć, rozdawanymi kserówkami, linkami czy czym tam chcą. W efekcie chodzenie na zajęcia miewa niewiele sensu, bo czytać slajdy to ja sobie mogę w domu. Robienie notatek ma niewiele sensu, skoro ktoś je robi za mnie. Czyż nie brzmi to rozsądnie? Jak tu się dziwić frekwencji, skoro tak łatwo dojść do takich wniosków? I jak później się dziwić słabym wynikom? Do rozważenia. Ja tam ciągle się upieram, że dobry wykładowca gardzi PowerPointem (a jeśli pokazuje obrazki, to robi to w pdfie, który się nie sypnie).

Jest też kwestia okołoakademicka. Kwaterują, jeśli się chce, w akademikach, akademiki są blisko kampusu, wszystkie zajęcia na kampusie. Kontynuuję więc z radością wypracowany na Retoryka model spania do oporu i wychodzenia z domu kwadrans przed rozpoczęciem zajęć. Choć administracja ma opinię fatalnej (momentami faktycznie mam poczucie, jakbym była w domu), to w istotnych sprawach działa wystarczająco sprawnie, żeby jakoś się to ogarniało w miarę. Ale learning agreement jeszcze trzymam na własnym biurku, po co ułatwiać zgubienie papierów…

Przynajmniej dwóch potencjalnych znam czytelników, którzy zapytają, czy polecę. I nie wiem :-). Sama chyba wybrałabym, gdybym mogła, lepszą uczelnię. Polonistyka ma umowę z University College London, chociażby. Z Judaistyki można pojechać do Cambridge. UJ-owy mishu, jeśli czytasz te słowa, wiedz, że bycie tu, w Greenwich, to chodzenie na undergraduate courses. I to się trochę czuje, jeśli się jest już troszkę dalej na akademickiej drabince. Ale to nie musi przeszkadzać; zależy, czego się szuka, nie?

Bo samo miasto jest do studiowania genialne, zresztą: komu trzeba Londyn reklamować?

  • Przemek

    Jakoś tak mnie czas przeszły zaskakująco częsty w tej notce uderzył. Jedną nogą w Polszy?

    Jakieś takie smucące te socjologiczne obserwacje na temat studentów. A myślałem, że to polonistykę ludzie studiują dla samego studiowania…

    • ingie

      Och, bo to koniec trymestru jutro, stąd przeszły czas :-). Trzeci trymestr trwa trzy tygodnie i nic się wtedy nie dzieje, prawie, jakby go nie było.

      Czytam ostatnio z okazji eseju parasocjo trochę tekstów na temat najnowszej historii edukacji w UK i powiem Ci, że zupełnie mnie to po poznaniu tła i ilości reform, i charakteru tych refom – nie dziwi.

      ETA: Kurdebalans, Przemek. Pokaż mi palcem ten uderzający czas przeszły, bo wróciłam sobie dzisiaj do tego tekstu i balans między teraźniejszym a przeszłym (pojawiającym się, kiedy mowa o przeszłości ewidentnej, np. „na początku roku”) wydaje mi się normalny. Tej :P.

  • Michal

    fajny artykuł, ja właśnie tego oczekuje po greenwich. jak jest w akademikach, masz jakies zdjecia? jest szansa na kontakt z Toba bo mam jeszcze pare pytan na temat studiow na UoG?