Quite right, m’lady (Downton Abbey)

Lubię brytyjskie seriale. Lubię je między innymi za to, że są krótkie. Kiedyś mogłam się zżymac, że przez to dłużej się na nie czeka niż ostatecznie ogląda, dzisiaj jednak myślę sobie, że przynajmniej dzięki temu łatwiej spojrzeć na produkcję jako całość. Dwa sezony Downton Abbey trwają krócej niż jeden przeciętnej amerykańskiej produkcji. (Uwaga, będą spoilery. Ale nieduże.)

Uwielbiam ekranizacje powieści Jane Austen. Archaizują mi mój angielski, archaizują mi sposób myślenia o życiu i o miejscu kobiety w świecie, nadmiar kończy się tym, że myślę o sobie jak o starej pannie bez żadnych prospektów. Co gorsza, moi rodzice wcale szczególnie nie starają się mnie wydać za mąż!

Downton w święta

Ucieszyły mnie starania producentów Downton Abbey, żeby nie przesadzić z ilością znanych brytyjskich aktorów. Maggie Smith gra tak, że widzi się tylko jej postać (czyli dokładnie tak, jak powinna grać aktorka tego kalibru), poza tym w oczy rzuciła mi się tylko równie irytująca jak zawsze Penelope Wilton (bardziej może znana jako Harriet „yes, we know who you are” Jones) i Hugh Bonneville (m.in. Notting Hill i Henry Avery, pirat w Doctorze Who). Kto lubi kostiumowe seriale, szybko się zorientuje, że podstawową wadą Brytyjczyków jest to, że mają w tej działce dziesięciu aktorów na krzyż, a ilość lokalizacji można policzyć na palcach jednej ręki (kostiumami też się dzielą). Przyjemnie dla odmiany oglądać (jeszcze do niedawna) film, gdzie nie łapię się co chwila na myśleniu raczej o aktorach i o tym, skąd ich znam niż o granych przez nich postaciach.

Ucieszyła mnie zmiana historycznego okresu. Ileż można siedzieć w osiemnastym, dziewiętnastym wieku! Ucieszył mnie nienaganny język i staranność w doborze akcentów, nie wyłączając tego lekko amerykańskiego w wykonaniu Lady Grantham. Ucieszyła mnie mnogość, mnogość! wątków. Postaci z osobowością, z historią, z własnymi celami, preferencjami. Przyjemnie patrzeć, jak czyjeś zachowanie powoduje całą lawinę mikrokonsekwencji. Przyjemnie widzieć kuchenne odbicie złożoności hierarchii artystokratycznego świata. Przyjemnie patrzeć na świetne aktorstwo. Łatwo się w Downton zakochać (i pół świata już się zresztą zakochało).

Za kamerą

Zakochać, zapatrzeć i przymknąć oko na to, co nie jest takie doskonałe. A fabuła tu momentami aż się prosi. Dwie kluczowe miłosne historie, na przykład. Oczywiście, od pierwszego odcinka wiemy, że Mary i Matthew muszą być razem, śledzenie ich perypetii nie jest więc kwestią „czy”, ale – „jak” i „kiedy (ż wreszcie, na litość boską)”. Tak, robi się to pod koniec już nie tyle ekscytujące, co irytujące. Och, i kochany Matthew hipokryta, tak się nie chciał zmieniać, tak pięknie grało napięcie między nim a Molsely’em w pierwszej serii – a popatrzcie na niego choćby tutaj, proszę, proszę, lord pełną gębą, schudnął, bo się z niego w sieci nabijali i już mu z oczu inaczej patrzy.

Podobnie święci Bates i Anna (bo przecież musi być symetria) – cóż jest w tym lokaju takiego niesamowitego, że jest kreowany na osobę tak kluczową? Pierwszy sezon jakby zmierzał jeszcze do czegoś szokującego; w drugim większość jego wejść to zaczepienie Anny w korytarzu i szeptanie jej na ucho, co też się podziało poza sceną. Wcale mi się nie chce wierzyć w jego dobry charakter. Niby z oczu mu dobrze patrzy, ale napisali go z trupem w szafie i już.

Czekam niecierpliwie, co też w trzecim sezonie wymyśli Edith. Pora na nią najwyższa, ile można siedzieć w cieniu skandali sióstr, a samej co najwyżej porywać się na wyrywanie drzew traktorem. Z kolei wolałabym chyba, żeby Lord Granthan siedział wygodnie w fotelu i czytał gazety, jak na głowę rodu przystało, bo to, co wyprawia pod koniec tego drugiego sezonu to istna Moda na sukces.

Osobna rzecz to absolutnie przecudowny tumblr (pamiętam czasy, kiedy podobnych smaczków szukało się raczej na LJ) i dziesiątki tematycznych mikroblogów. Akcja serialu dzieje się na początku XX wieku, naturalnie powstał więc tumblr śledzący pojawiające się w posiadłości elektryczne lampy, zadziwiająco ich tam bowiem sporo. Tutaj podpisują screenshoty z serialu zaskakująco trafnymi cytatami z Beyonce (perełka). Kiedyś wystarczyło umieć czarować warstwami w fotoszopie i robić ładne ikony na lj – teraz it’s no fun if you don’t make it move. A tego, niestety, jeszcze nie docenię, Game of Thrones ciągle przede mną. Ach, ile tego dobra kryje sieć. Raz człowiek zacznie szukać, nie daj Bóg zapędzi się na Pinterest i koniec. Czekają go papierowe wycinanki. Dobrze, że niektórzy przynajmniej widzą, że ten serial to perfekcyjne guilty pleasure, nie ma lepszej przykrywki dla opery mydlanej niż setting brytyjski!

Więcej tekstów o serialach popełniłam na łamach Pulpozaura: o tutaj jest lista.

  • Przemek

    Downton Abbey! <3 Drugi sezon wciąż na mnie czeka, więc notkę przeczytałem jednym okiem ;) Ale zgadzam się w większości aspektów. Mnie (jako że kontekst bycia kobietą u progu wieku XX i w ogóle dorobek Jane Austen są mi obce) najbardziej zachwyca równorzędność wątków służby i wątków państwa oraz napięcie między tymi grupami w obliczu nadchodzących przemian społecznych, bardzo ujmujące postacie oraz to, jak ogromną przyjemność estetyczną daje ten serial – tu wszystko jest takie ładne!

    Ogólnie rzecz biorąc po przeczytaniu Twojej notki nasuwa mi się zwrot "radość płynąca z zanurzenia w kulturze" i do tej radości się przyłączam :)

  • Vika

    a ja tam widzę sporo znajomych twarzy aktorów starszego pokolenia :)

    • ingie

      No dobrze, mnie się wydaje jeszcze, że głos Carsona skądś znam, ale za nic nie umiem umiejscowić. Natomiast pozostali aktorzy po prostu mi się nie rzucają w oczy w stylu „rany boskie, skąd ja znam tę gębę”, znasz ten syndrom? :)