Czy stałam się kindlarą?

7 marca: O widzicie, mamy Tydzień czytania e-booków (5–12 marca 2012). Nawet nie wiedziałam. Jak to się ładnie człowiek wpasował z tematem :-).

Wszyscy wiedzieli, że ten moment nadejdzie. W chwili, kiedy w 2009 roku wypowiedziałam te słowa: „Mój dyplom będzie o e-bookach”, nie było wątpliwości. I choć zarzekałam się we wstępie do licencjatu, że nie, nie, żadnych czytników, pogardzam, przecież o typografii nie ma w nich mowy – to była tylko kwestia czasu.

Ale decyzja podjęta pod wpływem chwili, podsycona ostatnim mym zakupoholizmem (mnie też trudno było uwierzyć w to, że nie chce mi się modeli Kindle’a porównywać, szukać okazji, kruczków, tricków), ograniczyłam się tylko do przeliczenia kosztów Amazon UK–Amazon US (nawiasem, opłaca się troszkę bardziej w UK).

Przyszło w piątek. Nie zarejestrowałam go do dziś, bo nie mam tu wifi, ale zrobię to przy okazji wizyty na uczelni. Wrzuciłam do niego parę pdfów i w drodze na Szekspira przeczytałam już pół Gnoju. Po powrocie zostałam uświadomiona przez równie świeżego w kindle’owych sprawach Dominika, że mogę sobie pdfy poprzerabiać na jakieś bardziej przyjazne Kindle’owi formaty. No tak. Gdzie się zapodział mój technologiczny instynkt? Ale on kupił sobie Kindle Touch, który nie ma landscape mode, więc rozumiem, że kwestia konwersji plików była bardziej paląca.

Dużo czasu zajęło mi ogarnięcie dóbr na mym dysku celem ich do Kindle’a wrzucenia. I szukanie na chomiku tego, czego nie mogłam ze sobą z półki mojej (no, teraz to kartonu) do Londynu zabrać. A jak tu się potem zdecydować, co teraz czytać? No to czytam dwie na raz, Gnój się kończy bardzo szybko, zaraz za nim Feynman. Też już koniec. Przerzucam się więc, wreszcie, na podręcznik do socjologii kultury popularnej, który miałam przejrzeć wieki temu. Jest 11.20, wtorek. Od rana przeczytałam prawie 100 stron. Zupełnie, jakby sesja goniła. A jakoś nie goni (znaczy, nie tak).

Teraz dwie sprawy. Jedna: może dziwić niektórych, że polonistka dziwi się swojemu zacięciu do czytania. Ale ci, którzy znają mnie troszkę lepiej, wiedzą, że czytanie dużych ilości naraz tekstu to coś, co w mych studiach irytowało mnie najbardziej. Do tego stopnia, że na czwartym roku całkowicie poważnie twierdziłam, że ogarnął mnie lekturowstręt. A w sierpniu pierwszy raz od liceum przeczytałam coś dla przyjemności. (Co jest o tyle trudne, że po roku wytężonych studiów nad robieniem redakcji z trudem przychodzi czytanie czegokolwiek bez poprawiania błędów w głowie. Dlatego książka ta była po angielsku.)

Druga: że też nie odrzucił mnie brak typografii, pewna niechlujność tekstu (większość to OCR, czasem z autokorektą Worda (zwłaszcza interpunkcyjną, te wszystkie przecinki przed „więc” w Feynmanie, brr), wszyscy wiemy, jak to się potrafi skończyć), brak zapachu papieru itd. Jak to?

Kindle z bliska

Szczerze? Nie mam pojęcia. Żyję sobie na ustawieniach fabrycznych, przy pdfach tylko odwracając ekran do poziomego widoku. Nie da się zresztą tego fabrycznego fontu zmienić, można go powiększać, zmniejszać, zwężać i poszerzać, uciąć mu szeryfki, ustawić preferowaną liczbę wyrazów w linii i interlinię. Tekst jest wyjustowany (czasem się to justowanie zębi, bo nie dzieli wyrazów – i całe szczęście, jeszcze by tego brakowało, żeby mi hamerykański czytnik polski tekst próbował kroić). Zupełna przezroczystość, wszystkie książki takie same. Powinnam teraz ciskać gromy. Ale nie ciskam, jeszcze się na mnie obrazi.

Tak mi się właśnie wydawało i drzewiej, że ta opozycja ebook-książka jest obrzydliwie sztuczna. Coś strasznego. Są niektóre pdfy, których nie konwertowałam sobie do mobi, bo wolę patrzeć na nie tak, jak je zrobiono w wydawnictwie (pozdrawiam z tego miejsca słowo/obraz terytoria). Typografia nawet na Kindle’u not dead? Są i książki, na które w druku nie da się patrzeć. Albo trzymać się ich w ręce nie da, bo duże, bo na kredzie (wspomniany podręcznik z socjologii: 1100 stron, pełen kolor na kredzie, format w okolicach A4, powodzenia w czytaniu).

Jest też jeszcze jedna rzecz, którą wiedzą wszyscy: jestem gadżeciarą, do tego dość leniwą. To plus fakt, że na Kindle czyta się wreszcie z sensem (w przeciwieństwie do iP, nadającego się do krótkich tekstów najwyżej) i już, siedzę i czytam. I to przed śniadaniem.

  • tullia

    Joseph dostał Kindla na święta i oboje chodzimy wokół niego trochę jak wokół jeża. J. przeczytał jedną książkę, ja kilka (do współczesnej mając do wyboru czytanie z komputera albo z e-papieru, oczywiście wybierałam Kindla) i na tym się skończyło, uparcie trwamy przy papierze. Nawet przed śniadaniem.

    (Tylko jak tu nie trwać, skoro Miss Dahl’s Voluptuous Delights jest na takiej soczystej, matowej złamanej bieli, że nic tylko zjadać kartki).

    • ingie

      No i właśnie dla mnie to po prostu nie jest kwestia wyboru „albo-albo”. W metrze, w autobusie, w parku, w kuchni, na emigracji – Kindle. Katrine z pokoju obok pokazywała na facebooku rosnącą na półce w tempie zatrważającym kolekcję książek i już się zastanawia, jak to do Danii przewiezie (ja się zatrzymałam na jakimś rozsądnym w miarę etapie, tak mi się zdaje).
      I jednocześnie włażę do tej szopy pełnej książek, i świecą mi się oczy na widok ręcznie tłoczonej poezji i tych Topolskiego okładek (coś tam o tym też opowiem, choć się waham trochę, ile mi wolno).

      Ot, kwestia diety zrównoważonej. Jak ze wszystkim :).

  • Ina

    Ja sama rozważam coraz poważniej. Mój duch niespokojny mówi mi, że minie trochę czasu nim na dobre zapuszczę korzenie, więc wymarzona, wielka biblioteka jest nie dla mnie. A Kindle nie taki znów drogi…

    • ingie

      I wart każdego pensa/centa. Just sayin’ ;).

  • Vika

    kocham Kindle’a, bo jest absolutnie idealny na komunikacje miejską, na dłuższe podróże itp. itd. Ale ładne książki też lubię mieć na półce. Takie albumy A4 na papierze kredowym,pełne chińskiej kaligrafii…

    • ingie

      Pewnie! to jak jeść w koko i jeść talerz z koleżankami, taka różnica między kindlową lekturą i ładną książką, nie? ;)