As I am an honest Puck!

Kto mnie zna, ten wie, jak reaguję na wyrażenie „Szekspir uwspółcześniony”. Jak mnie słabiło w Słowackim oglądanie Miarki za miarkę, jak nawet ten Makbet Wajdy w Starym, nie taki kurczę przecież oczywiście się w tę etykietkę wpisujący. I myślałam sobie zawsze gdzieś tam w głębi duszy, że jak zobaczę Szekspira jako Shakespeare’a w prawdziwym, angielskim wykonaniu, to poczuję, co w tych polskich produkcjach mnie gryzie i gnębi.

Nadarzyła się okazja, bilet darmo dali, grają z Deutsche Bankiem Sen nocy letniej, do sztuki mam sentyment, ochotę też mam na komedię, dobrze, to idę. I grają nad samą Tamizą, w drewnianych ścianach odbudowanego Globe: siedzi się w nie mniej drewnianej ławie, zajmuje się miejsce dawniej za dwa pensy, hula marcowy wiatr po galerii, bo darmowych biletów w żadnym kraju nie szanują i choć wszystkie rozdali (sama ledwo załapałam się na ostatki), to połowa teatru zionie pustką. Bezwstydnicy.

Podglądanie sceny przed spektaklem
Zdjęć robić nie wolno, więc i iP to wyczuł i obniżył swą jakość, żeby wyglądało, jak komórką zza pazuchy.

Więc Globe. Więc schodzą sie ludzie, tłoczą się na dole pod samą sceną, moszczą się na ławeczkach ładnie opisanych (każde miejsce ma co najmniej jednego sponsora, trzeba bowiem wiedzieć, że taki teatr nie buduje się sam). Po scenie też ktoś się kręci, patrzę, a to aktorzy (rzuciłam wcześniej okiem może nie na zdjęcia w programie, ale na próbę, na którą trafiłyśmy szczęśliwie z Dorotą przy okazji zwiedzania budynku dwa tygodnie wstecz). Zagadują, machają do ludzi, coś tam sobie gaworzą do siebie. Mruczą. Słucham. A to mruczenie nie takie całkiem bez sensu, nie, już po chwili gromadząca się w teatrze publika śpiewa Don’t you want me, jakby to była najzupełniej normalna rzecz na świecie, przyjść do teatru na sztukę Szekspira i trochę sobie przed nią (do rozpoczęcia jeszcze dobre pół godziny), dla rozgrzewki, pośpiewać. Chwilę potem wyją licealistki na prawej galerii Rolling in the deep; na koniec wykrzyczane przez megafon Bad romance❊, przeradzające się zupełnie bez problemu w samą sztukę i w pierwszą wypowiedź Tezeusza.

A jednak obywa się ta produkcja bez fatalnie nachalnych nawiązań do popkultury. Bohaterowie ubrani są współcześnie (nasi nieszczęśliwi kochankowie pierwsze sceny zaczynają w szkolnych mundurkach, Hermia później wdzieje różowe Huntery), Pigwa wjeżdża na scenę na rowerze, w odblaskowej kamizelce ze swoim nazwiskiem na plecach i w kasku budowlańca na głowie, a Lizander do ateńskiego lasu wyprawia się z walizką i różową parasolką. Tytania wygląda zupełnie jak Lady Gaga (no dobrze, przyłapaliście mnie na popkulturze – ale nie jest to nachalne, więc się nie liczy!), zapamiętałam sobie też powracające gdzieś w okolicach sztuki rzemieślników YMCA. I to, że za każdym razem myślałam oh, this is so brilliant!

Bo ten Szekspir tu, w Globe, wraca do tego, czym komedia Szekspira ma być. Rozrywką, zabawą. Rubaszny dowcip, sytuacje, przy których cała publika wybucha gromkim śmiechem. Ludzie siedzą, jedzą, piją (lulki palą; wiecie, że przy pożarze oryginalnego Globe w 1613 roku nikomu nic się nie stało poza jednym jegomościem, któremu zajęło się ogniem odzienie – a wyszedł z opresji cało, bo uczynny sąsiad poświęcił swoje piwo, by ugasić nadmierny zapał; a że Anglicy najpoważniej w świecie traktują przepisy przeciwpożarowe, to i napitki w dużych ilościach przed przedstawieniem sprzedają), w śmiech uderzają bez żenady, komentują, dialog zagłuszają (ale to nieważne, i tak wszyscy ze szkoły wiedzą, o co chodzi); a kiedy Spodek wskazuje na coś ponad głowami widowni, ci odwracają się i sprawdzają, czy aby czegoś tam nie ma. I w zasadzie po jakichś pięciu minutach już mnie opuściła myśl: ale to jest Szekspir na współcześnie, ale dlaczego, jak to?, przecież tego się inaczej zrobić nie da. Nie da się i basta!

Widok na scenę podczas spektaklu (nie mówcie nikomu!)

Aktorzy biegają to tu, to tam, w końcu scena duża, trzeba użytek z niej zrobić (może nieco za dużo tego biegania, choć z dwojga złego lepsze to niż przestępowanie z nogi na nogę – i można docenić kondycję aktorów, ani śladu zadyszki, a trochę mil zrobili w dwie godziny); duchy leśne sięgają do publiki po napitki i wyciągają przerażonym widzom puszki z redbullem z rąk, ku uciesze oszczędzonych (tym razem) sąsiadów. Było i skakanie z dachu, było niezwykle ucieszne w wykonaniu Puka znikanie w porzuconej na środku sceny walizce, nie było tylko strzelania z armaty na stryszku, ale może to i lepiej. I jest to zagrane tak dobrze, tak efektownie (o, doskonałości sceny przeobrażenia dworu ateńskiego w lasek! nie do opisania), tak cieszy oko i ucho… że mam przeogromną ochotę wybrać się na jakiś dramat, najlepiej historyczny, żeby sprawdzić, co z tym zrobią. Jak będzie trochę cieplej, bo jednak mam z zimna wypieki, wieczory nad Tamizą ciągle jeszcze chłodne.

#tubyłam

❊ Bill Buckhurst: What I find interesting about the play is that the world which Shakespeare creates is a sort of made-up one. Although there are some characters from Greek mythology—Theseus and Hyppolyta—the Mechanicals seem to belong in a world which would have been more recognisable to a contemporary audience four hundred years ago, i.e. for the audience he wrote for. With this in mind, we’ve chosen to set the play in a world more recognisable to modern day audiences.


A Midsummer Night’s Dream
w ramach programu Playing Shakespeare with Deutsche Bank, darmowe spektakle dla szkół średnich (http://2012.playingshakespeare.org/); ja się załapałam na jedno z dwóch towarzyszących wystąpień for the public.
Shakespeare’s Globe Theatre, reż. Bill Buckhurst

Zdjęcie główne: Ester Inbar, pobrane z http://commons.wikimedia.org/wiki/User:ST.

  • Piotr

    Moje zdanie na temat adaptacji uwspółcześnionych lub nie już dobrze znasz, więc nie będę się o tym teraz rozpisywał. W każdym razie w dalszym ciągu dziwi mnie Twój pociąg do rekonstrukcji historycznych :-). Ale no, wszystko to ładne, zachęcająco brzmi, i cieszy mnie to, że nie robią w tym Globie jakichś właśnie koturnowych sztywniactw… Na co wskazywałby sam pomysł odbudowania gmachu ;-).

    • ingie

      Och, no przecież wiadomo, że nie o rekonstrukcje historyczne chodzi. Tylko ta sztuka wczorajsza właśnie tym się różniła od tego, co dotąd mnie irytowało, że to nie był „Szekspir uwspółcześniony”, nie miałam poczucia, że oto mi teraz paradują przed nosem ze współczesnymi rekwizytami i ta współczesność z nich kapie, i tu mi patrzcie, bo taki jest ten teatr współczesny, kontrowersyjny taki!, na czasie, wiecie, trendi, dżezi, co tam jeszcze. Tak się w Polsce czuję, jak idę na Szekspira pod tym współczesności i Gagi sztandarem, albo nawet jak nie idę, ale mogłabym pójść (wtedy jeszcze bardziej).
      Teraz się zadumałam, skąd ta różnica. To chyba jednak ten teatr, ta publiczność roześmiana, światło zapalone na galerii cały czas, napitki, okrzyki, żadnego pudełka, żadnej czwartej ściany (i żadnego też jej przekraczania, skoro nigdy jej nie było). Karnawał, panie. Co tu kminić… :).