Polonistka nieuleczalna

Zaczyna się od lęku przed pójściem do kuchni.

Siedzenie w pokoju zmienia się w nasłuchiwanie. Które drzwi się otworzyły? Czy ktoś wyszedł z mieszkania, czy skręcił zrobić sobie herbatę? Wrócił już? Długo nic. Znów drzwi. To ten sam, czy ktoś inny?

W końcu nie można już tak dłużej i idzie się, z brudnym talerzem w ręku, z duszą na ramieniu. Będzie ciemno, nie będzie? Nikogo nie ma. Ulga. Można zaryzykować zrobienie herbaty. Ale przecież w każdej chwili ktoś może wejść i co wtedy? I wtedy trzeba się będzie odezwać.

Pierwszego dnia tu siedziałam w pokoju – a przez drzwi słychać wszystko, co dzieje się na korytarzu – i ja też słyszałam prowadzoną tuż moim pokojem rozmowę. Nie rozumiałam z niej ani słowa i to był jeden z bardziej przerażających momentów tu. A moja ulga, kiedy niedługo potem dowiedziałam się, że dziewczyny rozmawiały… po duńsku!

Wchodzi się do sklepu, gdzie sprzedają Pakistańczycy (nie wiem, mówienie tak jest poprawne politycznie?). I mój względnie w porządku angielski wobec ich wymowy jest bezsilny, oni nie rozumieją mnie, ja nie mam szans zrozumieć ich. Niby mówimy w jednym języku, a musimy oprzeć się na konwencjonalnych gestach.

Dni, kiedy mówienie przychodzi bez problemu. Dni, kiedy nie da się zbudować jednego zdania.

A wiecie, że wczoraj o dwudziestej trzeciej za oknem śpiewały ptaki?

  • tullia

    komć zamiast lajka!

    Lęku przez pójściem do kuchni na naszym dziesięcioosobowym piętrze nie pozbyłam się nigdy. Lęku, że spotkam tam K., mamroczącego Norwega z północy, który powie coś do mnie z pytajnikiem na końcu, a ja nie zrozumiem ni słowa, choć to język teoretycznie nieobcy, i trzeba będzie poprosić „repeat, please”, i dalej nie będę rozumieć, więc tylko uśmiechnę się kretyńsko.

    Nigdy też nie pozbyłam się osobliwej formy szacunku dla tych wszystkich nadaktywnych społecznie erasmusów, którym small talk przychodził z taką okrutną łatwością, którzy poznawszy sto nowych osób, wciąż z pazerną radością rzucali się poznać sto pierwszą, którzy tylko czyhali na okazję, żeby otworzyć do ciebie usta.

    • ingie

      Tak właśnie! Ci nadaktywni erazmusi. Trochę mnie to wpędza w kompleks, muszę się przyznać w końcu, że albo zupełnie bez wysiłku i zastanowienia płyną tą angielszczyzną, której zarzucić można co najwyżej odrobinę może za mocny jak na lokalne oczekiwania wpływ amerykańskiego akcentu, albo kompletnie nie przejmują się tym, że trudno ich wypowiedzi zrozumieć i po prostu mówią, mówią, mówią. I tyle energii z tego bije….!

      W naszej kuchni za to nikt się nie na nikogo nie czai. Chyba wszyscy się boją. A ci, co się nie boją, nie są z gatunku czajników.

  • Ina

    Momenty nasłuchiwania są mi znane aż nadto dobrze. Zawsze miałam przy tym poczucie, że jestem jedyną osobą z tym problemem, reszta mieszkańców piętra zdawała się nie mieć problemu z kilkugodzinnym okupowaniem kuchni, zagadywaniem mnie, co gotuję, albo opowiadaniem mi po hiszpańsku o omletach. Najgorszy jest ten moment, kiedy już się spotkacie w kuchni, kiedy zaczniecie już rozmawiać i jest nawet fajnie, ale jakoś nie da się tej rozmowy skończyć. Herbata zrobiona, zaczyna stygnąć, chcesz już iść, ale nie da się wyrwać z pęt uprzejmości, które nakazują czekać, aż rozmówca skończy opowiadać.

    • ingie

      Ulubiona moja scena: grzeje się obiad w mikrofali, stoję przy blacie, gram w coś w telefonie. Z cichym skrzypieniem uchylają (dość ciężkie) drzwi. Podnoszę głowę, ale zanim zdążę jakkolwiek zareagować, utrudniający nam wszystkim życie przeciwpożarowy mechanizm zamyka je z powrotem. Podchodzę więc do nich, bo chcę być pomocna, otwieram na oścież. Za nimi z lekkim przerażeniem na twarzy lokator z pokoju B. Uciekał do swojego pokoju, nie nasłuchiwał bowiem dość uważnie i naciął się na zapalone w kuchni światło! Przyłapany, wszedł do kuchni i od tamtej pory: a) jestem chyba jedyną osobą, przed którą z kuchni nie ucieka (zbyt panicznie), b) jestem chyba jedyną osobą, której się przedstawił (niezbyt to pocieszające przy moim braku pamięci do imion, bo skoro nikt inny go nie zna, to i nikt nie umie mi przypomnieć jego imienia). Jak nic, Ewa!

      Ale na jedno nie ma co narzekać, trzeba to powiedzieć. Mam na składzie pięcioro współlokatorów. Wszyscy po sobie sprzątają. Respect.