Don’t wish, don’t start

Przypomina mi się taka wypowiedź Piotra, gdzieś z wczesnego 2011 roku, że pewnie pierwsza rzecz, którą sprawdziłam w związku z planowanym przyjazdem do Londynu to ceny biletów na West Endzie.

Mam jakąś taką moralną wątpliwość: znać i lubić musicale dlatego, że się zaczęło oglądać Glee. To trochę takie w stylu pójścia na medycynę, bo się naoglądał człowiek House’a. I efekt jest potem taki, że podczas gdy inni cieszą się na takie produkcje, jak Jersey Boys czy The Lion King, ja idę za marzeniem o usłyszeniu Defying Gravity na żywo w wykonaniu kogoś innego niż pięknie podrasowana cyfrowo Lea Michele. No to Wicked. Och, Wicked.

Kiedy teatr tutaj gra jakiś spektakl, gra ten spektakl. W latach 70. w Krakowie, kiedy Konrad Swinarski na Dziady obił foyer Teatru Starego czarnym kirem, pisali o tym w artykułach jak o rewolucyjnym wyjściu spektaklu poza scenę. A Apollo Victoria świeci się na zielono caluteńka. I nie ma problemu z montażem, demontażem – bo przez cały sezon idzie jedna sztuka. I już.

Scena w Wicked – widać smoka!
W antrakcie. Smok zionął w momentach strategicznych.

Tu do teatru można się spóźnić – spokojnie, wpuszczą bez problemu w trakcie spektaklu. Tu można kupić wodę, kolę, M&M’sy nie wstając z krzesełka. To są sztuki sing-along, więc można przekonać się na własnych uszach, dlaczego wyciągnięcie wysokiego F nie jest takie proste, sąsiedzi bardzo chętnie zademonstrują. A w antrakcie można podejść do sklepiku i kupić koszulkę albo plecak (Brytyjczy są zresztą w moim prywatnym rankingu absolutnie na czele nacji najbardziej pomysłowych i niestrudzonych w tworzeniu pamiątek – przykład gumowej kaczuszki – jest tu moim ulubionym). Brakowało tylko zielonych napitków (ale to nadrobimy w połowie marca przy innej okazji).

Teatr rozrywkowy, teatr dla czystej przyjemności, teatr, przy wyjściu z którego nie rozmyśla się o filozoficznych drugich i trzecich dnach, tylko podśpiewuje się pod nosem piosenkę finałową.

A z innej beczki, tego samego dnia z rana zaszłyśmy pod strzechę Szekspirowskiego Globe Theatre. Gdzie trafiłyśmy, całkiem przypadkiem a szczęśliwie, na próbę Snu Nocy Letniej. Ach. Będzie jeszcze i o tym.

  • Vika

    W Teatrze Muzycznym w Chorzowie jest (mam nadzieję, że nadal jest) podobnie klimatycznie – The Rocky Horror Show to było naprawdę coś. Fani musicalu na widowni, ludzie wstają śpiewają, aktorzy wychodzą do widowni, lecą rolki papieru toaletowego, pryskają wodą – naprawdę cudowne przeżycie…

    • ingie

      The Rocky Horror Show chyba ma w ogóle taką renomę, nie? Że aktorzy czekają na przykład, aż widownia dokończy kwestię za nich, bo rym się tak bardzo narzuca. Coś mi się kojarzy tak, zresztą w Glee podobnie ten musical pokazali :)

  • Vika

    Myślę, że to może być to, o czym piszesz. Naprawdę super przeżycie.