Osiedlanie się – pierwszy tydzień w Kyoto

Loty

Nie mogłam powstrzymać się od płaczu, lecąc w tę najbardziej podobno epicką podróż. Uparcie dopatrując się potencjału nostalgicznego w każdym geście i przedmiocie („ta ostatnia kanapka z serem”, co gorsza, „zrobiona mi o poranku na drogę przez M., a M. zawsze mi robi jedzenie, kiedy zapomnę zjeść, i kto mi jedzenie zrobi w Japonii”, „Kira, czy twoje futerko nadal będzie tak miękkie, kiedy wrócę, a ty nawet nie miaukniesz, jak ja na pół roku wyjeżdżam” i tak dalej), dawałam pełne pole do popisu odziedziczonej płaczliwości, która zwykle objawia się podczas oglądania filmów i reklam Allegro. Pół twarzy spuchło mi od popłakiwania, współpasażer w locie do Warszawy patrzył na mnie z niepokojem (no tak, to jest lot Kraków–Warszawa, pełen biznesmenów, czemu ktoś miałby ryczeć na tej trasie?).

Przygotowałam się dobrze do tej podróży. Absurdalnie drogie słuchawki wygłuszające sprawdziły się przy ryku silników tych małych, lokalnych samolocików, pierwszy raz chyba po opuszczeniu samolotu nie bolała mnie głowa. Odprawiłam się dzień wcześniej, żeby upewnić się, że będę mieć miejsce przy oknie podczas krótkich lotów,a przy przejściu podczas lotu długiego – dobra strategia, pozwala pofotografować chmury, ale i wyjść sobie nad Syberią do toalety bez budzenia współpasażerów, a przy tym można zawsze na moment wyciągnąć nogi w przejściu, kiedy akurat nikt z niego nie korzysta. Dostęp do bagażu na półce też jest łatwy, co ważne, kiedy przypominasz sobie o tym, że potrzebujesz długopisu, żeby wypełnić karteczkę do lądowania w Japonii (taki świstek, na którym się wpisuje parę informacji, większość prosta i do wpisania z pamięci; z trudniejszych tylko trzeba znać swój przyszły adres w Japonii, przynajmniej adres pierwszego hotelu, i numer paszportu) i deklarację celną. Bluza kangurka z dużą kieszenią to kolejny patent, z którego użyteczności nie zdawałam sobie sprawy; paszport zawsze pod ręką, a i chusteczki się zmieszczą, i telefon, i okulary, kiedy przysnę. A mało spałam, mój zegarek nawet tego snu nie odnotował, więc pewnie było to mniej niż dwie godziny.

Obejrzałam w samolocie Faworytę: co za znakomity film! I drugą część Fantastycznych Bestii: co za fatalnie poszatkowany scenariusz!

Imigracja

Lotnisko Kansai, na którym wylądowałam, znajduje się na sztucznej wyspie na morzu, więc lądowanie – oglądane przez pokładową kamerkę – wygląda dość nierealnie.

Byliśmy na miejscu ponad pół godziny przed czasem (więc tylko 9 godzin lotu), co zaskoczyło Japończyków, niemających dla nas gotowego rękawa – stąd czterdzieści minut oczekiwania w samolocie na wysiadkę. Na miejscu tłum, z terminalu jedziemy do głównego budynku pociągiem, a tam – kolejka do imigracji. W pierwszej chwili stanęłam w złej kolejce (choć teraz myślę, że to jednak moja wina, nie postąpiłam chyba zgodnie z przekazaną mi przez panią zarządzającą kolejką instrukcją) i po jednym dwudziestominutowym oczekiwaniu w kolejce zostałam przekierowana do kolejnej, półgodzinnej, specjalnej kolejki dla osób, którym należy się na wjeździe karta pobytu. Bo widzicie, okazuje się, że mi się należała z racji posiadania półrocznej wizy studenckiej. Nie zamierzam w tym czasie się zatrudniać, więc zgłosiłam panu w okienku, że „work? no, iie”, po czym odebrałam najbardziej błyszczącą od hologramów kartę, jakiej kiedykolwiek byłam posiadaczką. Dostałam też przy tym instrukcję, że muszę się w ciągu 14 dni pojawić w lokalnym urzędzie miasta lub dzielnicy, żeby zgłosić adres, pod którym przebywam.

Dzięki dwukrotnemu staniu w kolejce ominęła mnie konieczność ściągania ciężkich walizek z taśmy, bo zostały już do tego czasu przestawione pod tabliczkę dla spóźnialskich (taka odwrotność zagubionego bagażu – bagaż, któremu zagubił się właściciel). Przejęłam je prędko i pospieszyłam do odprawy celnej, która była moimi bagażami zupełnie niezainteresowana i tylko pobrała ode mnie wypełnioną na pokładzie deklarację. Sama wyjęłam z walizki worek z lekami na tarczycę, na które wcześniej załatwiałam pozwolenie inspektoratu farmaceutycznego (yakkan shoumei), po czym pan celnik uważnie przestudiował wydruk, przyjrzał się opakowaniom, podziękował mi i wskazał wyjście na lotnisko.

Krótko o pozwoleniu na wwiezienie leków: ogólnie według przepisów celnych można ze sobą mieć zapas leków na około miesiąc na prywatny użytek, ale jeśli mamy potrzebę wziąć ze sobą większą ilość (albo jeśli przyjmujemy jakiś ostro regulowany w Japonii lek), to trzeba to zgłosić wcześniej do inspektoratu. Wypełnia się wniosek o import leków, na którym wskazuje się dane leku, jego ilość, swoje dane i dane lotu, którym przylecimy. Do tego do każdego z wymienionych we wniosku leków wypełnia się kartę, na której wskazuje się dawkę, substancję czynną leku, jego przeznaczenie i dawkowanie. Do wniosku załącza się jeszcze receptę lub zaświadczenie od lekarza o tym, że bierzemy takie leki i kopię biletu lotniczego. Ten komplecik trzeba podpisać, zeskanować i wysłać mailem do jednego z trzech inspektoratów, w zależności od tego, na którym lotnisku będziemy lądować. W odpowiedzi dostaje się skan opieczętowanego odpowiednio wniosku, który trzeba okazać celnikowi razem z wwożonymi lekami na lotnisku (moja odpowiedź przyszła w mniej niż 24h od wysłania maila). W sumie prosta sprawa :-).

Z KIX do Kyoto

Lotnisko Kansai jest całe różowe i pełne chińskich turystów. Bardzo mi zależało na tym, żeby od razu na lotnisku kupić kartę z internetem do telefonu i wypłacić pieniądze, ale jak na złość – do jedynego sklepu, w którym sprzedawali sensowne karty była kolejka na godzinę czekania, nigdzie nie widziałam bankomatu, a kiedy trafiłam na automaty z kartami do internetu, moje zdolności percepcyjne zostały wystawione na ciężką próbę, gdy automat do rozmieniania grubych banknotów na tysiącjenówki nie chciał mojej tysiącjenówki rozmienić (tak, dobrze czytacie, próbowałam rozmienić ¥1000 na ¥1000; w całym niedospaniu nie zauważyłam, że banknot, który do niego wkładam to nie jest ¥10 000; nawet zdążyłam się zdenerwować i przejąć, że automat mnie oszukał, bo ja mu wkładam 10k, a on mi wydaje jedno 1k zamiast dziesięciu). Więc się poddałam.

W wyniku zamieszania przy imigracji i moich nieudolnych prób załatwienia czegokolwiek na lotnisku, spóźniłam się na zamówioną taksówkę do Kyoto. Na szczęście, choć mina pani w okienku nie była przesadnie przyjazna i sugerowała kłopoty – ale przyjęłam to z godnością, w końcu to ja byłam tą spóźnialską w kraju punktualności – mogłam pojechać kolejną, która odjeżdżała za jakieś pół godziny do godziny, zależnie od tego, kiedy zgłoszą się lądujący pasażerowie.

Pan taksówkarz w wielkiej czapce i białych rękawiczkach był bardzo mną przejęty, może nie wyglądałam za dobrze po tych wojażach, i co kwadrans pytał, czy wszystko w porządku. Pojechaliśmy autostradą przez Osakę do Kyoto i napatrzyłam się przez okno na industrialne, betonowe krajobrazy. Japonia nie zawsze jest piękna, powiedziałabym nawet, że czasem jest przerażająco paskudna, ale z drugiej strony – które miasta portowe na świecie nie są?

W Kyoto za to jest zupełnie inaczej. Ledwo wjedzie się do miasta i atmosfera się zmienia: budynki są niższe, uliczki – węższe, mnóstwo rowerzystów i roślin przed domami. Zaraz po wjeździe do miasta przesiadłam się do innego samochodu, nowa taksówka podwiozła mnie pod wskazany adres, pan kierowca pokazał mi palcem, który to budynek i odjechał, machając.

Mieszkanie

Manager domu, w którym zamieszkałam też zdążył się już o mnie zmartwić (musiał śledzić mój lot, bo tuż po lądowaniu samolotu wysłał mi maila z pytaniem, czy wszystko w porządku; a kiedy w południe jeszcze mnie nie było, upewniał się, że zmierzam – szkoda, że nie miałam internetu w telefonie i nie odpisywałam mu od razu). Biuro ma w budynku naprzeciwko domu, więc szybko przejął moje walizki i wskazał mi drogę do mojego nowego pokoju. W ten sposób przez całą podróż nie musiałam ani razu podnosić mojej 21-kilogramowej walizki :-).

Po wejściu do domu ściągamy buty i wspinamy się po bardzo stromych, drewnianych schodach na pięterko, prosto do słonecznej kuchni ukrytej za przesuwanymi drzwiami. W lewo prowadzi wąziutki, ciemny korytarz, na którego końcu jest wyjście na taras, gdzie mieści się pralnia (to nie ma wiele sensu teraz, gdy na zewnątrz jest 5–10 stopni, ale będzie miało, kiedy zrobi się cieplej). Zajmuję przedostatni pokój. Jest schludnie i nieco ciemno; mam małe okno nad biurkiem, ale nie daje ono wiele światła; zanim je otworzę, muszę poprosić o porządne założenie moskitiery. Poza tym akademikowy standard – łóżko, szafa, komoda, kosz na papiery i drugi na pranie, biurko z krzesłem i lustro z wieszakiem. Wszystko jasne i trochę używane, ale czyste. Najważniejsza rzecz: klimatyzator. Przyda się latem, ale i teraz, kiedy na zewnątrz zimno; to jedyny sposób na ogrzanie pokoju.

Rozpakowuję się w pół godziny; nie przywiozłam wcale tak wiele rzeczy.

Jetlag

Początkowo nie wiem nawet, czy go mam. W podróży spałam bardzo mało, więc kiedy pierwszego wieczoru kładę się spać o 22 i budzę o 11:30, myślę, że to właściwie bardziej zwykłe odespanie męczących lotów niż sygnał, że jestem trochę nieprzestawiona.

Ruszam w miasto i prawie wpadam w półkę w sklepie, zasypiając w pół gestu jak narkoleptyczka. Nie zdarzyło mi się to wcześniej, to niepokojące uczucie. Raz nie mogę zasnąć do 3 w nocy, innym razem padam na pyszczek o 19. Postanowiłam jetlag przechodzić, więc kiedy rano zwlekam się z łóżka o przyzwoitej porze, jak najszybciej się ogarniam i wychodzę, deszcz czy słońce, organizując sobie małe wyzwania, jak na przykład „znajdź spożywczak” czy „kup kartę IC i naucz się jeździć autobusem”.

Dobrą stroną jest to, że budzą mnie budziki, więc jest szansa, że nawet jeśli jetlag nie odpuści za szybko, to nie zaśpię do szkoły.

Okolica

Mam wrażenie, że osiedla w Kyoto są bardzo odmienne w klimacie od tych w Tokyo czy Wako, które widziałam dwa i pół roku temu. Budynki są niższe, to w większości jednopiętrowe domki a nie małe czy większe bloki. Tokyo przyzwyczaiło mnie do patrzenia w górę, bo na czwartym czy szóstym piętrze może się czaić dobra restauracja czy karaoke – w Kyoto patrząc w górę widzę słupy elektryczne, drzewa i ptaki. Miasto otaczają góry i często widać je zza budynków – widzę je nawet z okna, kiedy rozkręcę jego szklaną żaluzję i spojrzę ponad dachami domów.

Mieszkańcy Kyoto układają na chodniku stosy donic i doniczek. Początkowo raportowałam nawet, że mam obok domu kwiaciarnię, podczas gdy było to po prostu wieloelementowe dzieło sąsiadów. Przy roślinach często czai się jenot tanuki. Pełno jest otwartych na ulicę, parterowych warsztatów, o których nie umiem wiele powiedzieć, poza tym, że wyglądają jak pełne starych gratów garaże; nie wiem nawet, czy to są prywatne przestrzenie właścicieli, czy może jednak miejsca, gdzie można uzyskać jakąś usługę.

Na osiedlu, gdzie mieszkam, nie ma pułapek dla turystów, nie ma też wielu miejsc z jedzeniem. To dla mnie nowość, bo poprzednio mieszkaliśmy w domu gościnnym dla wizytujących badaczy, mieszczącym się na kampusie instytutu badawczego, który za oknem miał drogi przelotowe prowadzące do Tokyo i fabrykę, a nie osiedle. Jest bardzo cicho i bardzo pięknie. Wiśnie jeszcze niespecjalnie kwitną, ale można czasem trafić na śliwy albo na magnolie.

Bardzo, bardzo wczesna sakura (albo późne ume!).

Dojście gdziekolwiek zajmuje mi sto lat, bo co trzy kroki zatrzymuję się i robię zdjęcia.

Powoli mija pierwszy tydzień na miejscu. Wczoraj pierwszy raz coś ugotowałam i pozmywałam naczynia po współlokatorach (wszystko, żeby zmniejszyć ryzyko karalucha w kuchni!); czuję się trochę bardziej u siebie.


Wabi-sabi

Szykując się do wyjazdu, myślę o wszystkich aspektach podróży z drobiazgowością, która pewnie niektórym wydałaby się przesadzona. Od trzech dni rozważam, jakie spodnie i koszulkę włożę (sprawa nierozstrzygnięta dotąd, bo najlepiej nadające się spodnie nie mają kieszeni – więc może skończy się na sukience?), które buty najlepiej na nogi, a które do walizki (skończyło się kupieniem nowych butów), czy kupić sobie kompresyjne skarpety, podkolanówki czy rajstopy (mam po jednej parze każdego rodzaju, teraz myślę, których użyć)? Rzutem na taśmę chyba zorganizuję sobie jeszcze ekstra słuchawki z opcją wyciszenia otoczenia. Mówię sobie, że wszystko to przez lekko traumatyczne wspomnienie poprzednich przelotów Europa—Japonia.

Przypadkiem właściwie, przy okazji ostatniej wydawniczej wyprzedaży, zobaczyłam, że Karakter wydał na nowo Japonię utraconą Alexa Kerra. W moim świecie pełnym znaczeń to jak znak przeznaczenia: cóż innego mogłabym czytać w samolocie lecącym do Kansai?

Kupiłam swój egzemplarz w czwartek w najlepszym do tego miejscu: w księgarni Karakteru na Zwierzynieckiej.

Włożyłam książkę do torby i ruszyłam w miasto załatwiać sprawunki. Podjechałam do Plazy, sfotografowałam jej powolne zamieranie. Uczciłam projekt kawą w McDonaldzie, ostatnim miejscu w Plazie, gdzie można napić się kawy. Zeszłam na małe zakupy do Carrefoura: przejściówka do gniazdka, mokre chusteczki, plastry na otarcia. Przeszłam bokiem do Decathlonu poszukać koszulek na upał. Pusty kubek po kawie schowałam, z braku kosza w zasięgu wzroku, do torby.

Pół godziny później wyjęłam z tejże torby Kerra ociekającego resztką kawy.

Nie ma w tej przygodzie nic romantycznego, nic godnego pochwały. Nie zalał mi książki tajfun, nie wylałam na nią napoju w trakcie trzęsienia ziemi ani nawet nie na pokładzie Japan Airlines; nie, to efekt zupełnie prozaicznej głupoty, bo kto chowa papierowy kubek po kawie do torby, nawet nie sprawdzając, czy na pewno jest pusty? A co dopiero do torby, w której ma nową, wyczekaną książkę, której nawet nie zaczął jeszcze czytać? Nie stoi za tym zniszczeniem żadna związana z wyjazdem opowieść. Byłam na siebie bardzo zła.

Pierwsza myśl: trudno, muszę wrócić do księgarni i kupić kolejny egzemplarz.

Druga myśl: to głupie, po co mnożyć przedmioty, przecież ta książka zupełnie nadaje się do czytania.

Wysuszony po zmoczeniu blok nieco stracił foremność, ale nie przeszkadza to przewracaniu kartek czy postawieniu na półce. Cienki papier oprawy momentalnie wytarł się w zamoczonych punktach grzbietu. Blok książki zaciekł na brązowo, ale tylko w jednym miejscu. Rzuca się to wszystko w oczy o wiele mniej naocznie niż przez soczewkę aparatu.

Okleiłam urażone miejsca taśmą washi, którą przysłał mi z Tokyo M. przy okazji jego półrocza na wyspach. Sabi, rzeczy nie są wieczne.

Wiza studencka do Japonii: wszystko, o co pytaliście, a Internet nie wiedział

W dzisiejszym odcinku opowiem wam trochę o tym, jak krok po kroku wygląda aplikacja o wizę studencką do Japonii – i nie odmówię sobie przy tym paru westchnień UXki, bo jest to proces, który naprawdę można by nieco usprawnić.

Ważne: krótkookresowe wyjazdy do Japonii w celach turystycznych (do 90 dni) nie wymagają żadnych procedur, wniosków wizowych ani ingerencji Ministerstwa Sprawiedliwości. Wystarczy kupić bilet i na pokładzie samolotu wypełnić krótki formularz dotyczący celu przyjazdu oraz ew. przewożonych towarów podlegających ocleniu. Po kontroli paszportowej na lotnisku dostaje się wklejkę lub pieczątkę w paszporcie z datą ważności pozwolenia wjazdu. Lepiej trzymać się tej daty, bo przekroczenie terminów może się wiązać z czasowym zakazem wjazdu do Japonii i koniecznością zapłaty grzywny (jak mówi Internet, różnie to bywa, czasem daje się to załatwić za opłatą, a czasem nie).

Po pierwsze, Certificate of Eligibility

Żeby dostać wizę studencką do Japonii, trzeba najpierw postarać się o akceptację przez japońskie Ministerstwo Sprawiedliwości – nazywa się to wnioskiem o Certificate of Eligibility (COE). Ten wniosek do ministerstwa składa w imieniu studenta uczelnia przyjmująca. Ty musisz uczelni podać liczne wymagane do tego celu dane. Spotkałam się z dwiema metodami przekazania tych danych uczelni: Waseda University oczekuje od studenta samodzielnego wypełnienia wniosku już podczas aplikacji o przyjęcie, a Ritsumeikan University zbiera same dane do tego wniosku podczas składania aplikacji elektronicznie. Wzór wniosku (i zakres potrzebnych do niego danych) można zobaczyć na przykład tutaj.

Co ciekawe, do wniosku o COE załącza się zdjęcie wizowe w formacie 3 na 4 cm, a do właściwego wniosku o wizę – to samo zdjęcie, ale o wymiarach 4,5 cm na 4,5 cm. Warto to wziąć pod uwagę, idąc do fotografa (mój ostatecznie domalowywał mi kawałek rękawa).

W przypadku mojego wyjazdu Ritsumeikan aplikowało o COE dopiero po zaakceptowaniu aplikacji na rozpoczynający się w marcu semestr letni, czyli pod koniec grudnia 2018 roku. Procedura trwa chwilę, więc gotowe COE zostało do mnie nadane kurierem 6 lutego. Po trzech dniach już było odebrane w naszym Dziale Współpracy Międzynarodowej.

Po drugie, wniosek wizowy

Wniosek o wizę studencką trzeba złożyć osobiście* w Wydziale Konsularnym Ambasady Japonii w Warszawie. Do wniosku trzeba, oprócz paszportu, załączyć wspomniane zdjęcie wizowe (jedno) oraz oryginał przesłanego z Japonii COE (nie wymagano ode mnie żadnych innych dokumentów, choć, jak radzi ambasada, pewnie warto w każdej sytuacji upewnić się przed przyjazdem, czy coś dodatkowego nie będzie potrzebne). Nie ma opłaty wizowej.

* z tym „osobiście” to do teraz nie mam stuprocentowej pewności, czy tak jest. Przeczytałam to gdzieś w Internecie, że tak trzeba, ale nie zdziwiłabym się, gdyby tu też był w porządku pełnomocnik.

Samo wypełnienie wniosku sprawiło mi trochę trudności. Poza danymi osobowymi i szczegółami dotyczącymi moich dokumentów, musiałam wskazać również:

  • informacje na temat mojego lotu: to było trudne, bo RU uczulało mnie od początku, żebym nie kupowała biletu do czasu, aż nie dostanę do ręki mojej wizy studenckiej i poznam dokładnych dat, w których jest ważna (gdybym wjechała do Japonii za wcześnie, zanim dostanę wizę, miałabym problemy). W Wydziale Konsularnym dowiedziałam się, że mogę tę datę uzupełnić „mniej więcej” i lotnisko też wskazać na oko, a numer lotu pominąć, skoro jeszcze nie mam biletu.
  • informacje na temat adresu, pod jakim będę przebywać w Japonii: na moje szczęście miałam już wynajęty pokój i znałam adres domu, w którym będę mieszkać, ale gdybym jeszcze nie załatwiła sobie noclegu, pewnie byłby tu kłopot. Zwłaszcza, że gdybym zamierzała spać w hotelu, to przecież nie mam jeszcze biletu, bo nie znam daty przylotu, więc nie mam też pewności, czy będę spała właśnie tam, a nie gdzieś indziej. Zapytałabym o to na pewno w konsulacie.
  • informacje na temat „gwarantora” lub „osoby dającej referencje” oraz „zapraszającego”: wyjeżdżając na studia, nie znam oczywiście żadnego Japończyka ani żadnej Japonki, która poręczy za moją uczciwość czy cokolwiek innego, za co mieliby ręczyć. Tu Wydział Konsularny poradził wpisać samą nazwę uniwersytetu i pominąć kolejne pola; w miejscu na nazwę/nazwisko zapraszającego napisałam zgodnie z poradą „same as above”.

Złożenie dokumentów trwało krócej niż przejście przez kontrolę przy wejściu do ambasady. Dostałam potwierdzenie złożenia wniosku z nadanym mu numerem i polecenie skontaktowania się z ambasadą w ciągu pięciu dni z pytaniem, czy paszport można już odebrać.

Sama ambasada Japonii to interesujące miejsce: jak to z ambasadami bywa, przypomina mi skrawek Japonii daleko od domu. Kolory ścian, materiały użyte przy wystroju wnętrz, nawet ta modernistyczna bryła budynku wygląda trochę jak dzielnica rządowa w Tokio. Na stoliczku obok okienka: broszury, ulotki, przywiązana do stołu sznurkiem manga. I twarze poszukiwanych japońskich przestępców łypiące ze ściany obok lustra weneckiego.

Po trzecie, odbiór wizy

Wiza była gotowa po trzech dniach.

Po paszport trzeba pojechać osobiście, ewentualnie można wysłać pełnomocnika z pisemnym upoważnieniem (wypróbowaliśmy opcję z pełnomocnikiem, bo ja jestem trochę przeziębiona, a M. w przeciwieństwie do mnie ma zniżkę na PKP).

Upoważnienie napisałam zwyczajnie na kartce – ambasada poinformowała mnie, że nie ma określonego wzoru pełnomocnictwa, ale ważne, żebym w treści wpisała numer dowodu osoby upoważnianej. Napisałam, że upoważniam M. „do dopełnienia w moim imieniu formalności związanych z odebraniem dokumentów wizowych złożonych w ramach wniosku o numerze potwierdzenia XYZ”, bo nie wiedziałam, co to będą za formalności. Nie było wymagane żadne potwierdzenie notarialne, nie musiałam też M. dawać mojego dowodu.

W moim paszporcie jest teraz wiza w formie dużej naklejki, podobnej do ostatniej strony paszportu (jej elementem jest zdjęcie wizowe). Do strony obok przypięte jest złożone na cztery COE, którego nie wolno mi z niej odpinać, bo zrobi to urzędnik imigracyjny na lotnisku. Wiza ma okres ważności 6 miesięcy, datę wydania w Walentynki (<3) oraz datę wygaśnięcia (14 maja 2019 roku), którą mam się nie przejmować, bo zasada podobno jest następująca: na wjazd do Japonii mam trzy miesiące, ale licząc od dnia wydania COE, nie od wydania wizy. Moje sześć miesięcy będzie się liczyć od dnia wjazdu do kraju, więc skoro przylecę 13 marca, to wiza generalnie wygaśnie mi 13 września (chyba, że wcześniej upłynie okres, w jakim zachowuję status studentki w Japonii – ale o tym napiszę więcej już po przyjeździe, kiedy opowiem wam o legalizacji pobytu).

Mogłam więc kupić bilet trochę wcześniej. Ale prawdę mówiąc, przede wszystkim czuję teraz ulgę, że tę część przygotowań do wyjazdu mam za sobą.