Kulturowe zmęczenie

Jednym z elementów naszego wprowadzającego tygodnia na uczelni były warsztaty dostrojenia międzykulturowego (cross-cultural adjustment workshop). Śmieszkowaliśmy trochę na ten temat, bo w końcu czy nie dostroiliśmy się już wcześniej choćby do japońskich konbini, nie mówiąc o przygodach w urzędzie miasta?

Poza przerażającym dla mnie kwadransem, kiedy mieliśmy rozmawiać w ramach ćwiczenia z obcymi osobami na temat naszych doświadczeń z przyjazdem do Kyoto, warsztat okazał się jednak jedną z najsensowniejszych sesji, na jakie nas zaproszono. Przypadał jakieś dwa i pół tygodnia po przyjeździe większości studentów do Japonii, czyli dokładnie wtedy, kiedy miesiąc miodowy zaczynał – przynajmniej ze mnie – schodzić, a jego miejsce zajmowało coś, co prowadząca nazwała kulturowym zmęczeniem.

Lubię spacerować japońskimi ulicami, oglądać domy, ogródki z doniczek pełnych roślin, zaglądać do sklepów i knajpek, porównywać supermarkety, zastanawiać się, czy to sakura, czy ume. Ale jednocześnie czuję, że przez cały czas podczas takiego spaceru, nawet w turystycznej dzielnicy handlowej, gdzie jest więcej angielskiego niż w innych miejscach, w głowie chodzą trybiki i rozkminiam: czy to jest sklep? czy warsztat? czy czyjś garaż? Czy znam to kanji? Jak przeczytać tę nazwę? Co to za potrawa? Jakie są składniki tego produktu? Do czego to służy? Ciągle, ciągle, ciągle przetwarzam informacje. Czasem pasują do wzorów, które mam jeszcze w głowie po poprzedniej podróży, wtedy rozpoznanie ich jest przyjemne, jak włożenie rozchodzonych kiedyś butów po dłuższej przerwie. A czasem zupełnie nie.

Każdy taki spacer jest więc trochę poznawczo męczący. A kiedy te małe zmęczenia się kumulują, przychodzi taki dzień, kiedy nawet wyjście do kuchni wydaje się zadaniem ponad siły.

Właśnie – nie kulturowy szok, którego ludzie się zazwyczaj spodziewają. Szok to nie jest najlepszy termin, nie jestem niczym zszokowana, nie wiem nawet, jak taki szok miałby wyglądać. Ale kulturowe zmęczenie, suma małych różnic, potknięć w interakcjach, nietrafionych zakupów w markecie, niezjedzonego sushi, bo okazało się niedobre, stania w kolejce do złego okienka na poczcie, nawet niedokończonego ramenu, bo złapał mnie mały atak paniki bez powodu (do tego nie był to za dobry ramen; nie sądziłam, że kiedykolwiek mi się to w Japonii przytrafi, ale jednak).

Na warsztacie była mowa o strategiach przetrwania takich gorszych dni. Nie ma dramatu, jeśli jeden dzień czy dwa spędzisz w swoim pokoju. Ja postawiłam sobie cel, żeby codziennie choć na chwilę z niego wyjść, bo pamiętam, że w Londynie potrafiłam zamknąć się w nim na blisko tydzień ciurkiem, wychodząc tylko na zajęcia. Daję sobie małe misje, jak zrobienie prania albo kupienie warzyw na obiad (z warzywami jest łatwiej niż z innymi produktami, bo patrzę i widzę, że kupuję marchewkę czy ziemniaki; nie muszę studiować pudełka). Słucham polskiego radia. Oglądam ten serial, co zawsze. Robię sweter na drutach. Odzywam się w dyskusjach na temat szkolnictwa wyższego na fejsie (;)). Postanawiam zrobić kluski śląskie z grzybowym sosem na niedzielny obiad (ale sos będzie z boczniaków i shiitaków, a nie z pieczarek; no trudno).

Bo wiem, że to zmęczenie przejdzie, ale nie wtedy, kiedy przestanę w ogóle wchodzić w interakcje z nowym środowiskiem. W Anglii najwyższą frustracją napełniały mnie Dni Kiepskiego Angielskiego: czasem masz taki dzień, że napisałabyś powieść heroikomiczną w tym języku, a czasem nie jesteś w stanie odpowiedzieć składnie na pytanie, jaka jest pogoda. Tu przynajmniej nie mam tego doświadczenia z japońskim, bo właściwie w ogóle w tym języku nie mówię, więc nie ma dobrych i złych dni językowo. Ale są dni, kiedy mam siłę dogadywać się na migi i dni, kiedy wolałabym sklep z kasą samoobsługową.

Z myślą o magisterce, wypożyczyłam z biblioteki sześć książek o japońskim stereotypie, rozumieniu japońskiego społeczeństwa i obrazowaniu Japonii przez obcokrajowców. Biblioteka to w ogóle ciekawy temat: rozmawiając z innymi studentami obserwuję, że stała się taką bezpieczną przestrzenią dla wszystkich, którzy nie wiedzą, jak sobie zorganizować czas w Japonii, póki nie zaczęły się zajęcia. W bibliotece obsługa mówi po angielsku, anglojęzyczne są też wszystkie strony internetowe i opisy półek. Ja też lubię przycupnąć na trzecim piętrze, gdzie są półki z książkami po angielsku, przy stoliku z widokiem na górę Hiei i przeglądać książki o japońskości. Chociaż wiem, że więcej jej pewnie doświadczę, zaglądając do konbini, które widać z okna, ale czasem po prostu potrzebuję wybrać bezpieczniejszą, akademicką ścieżkę.

Karty i formularze

Pierwsze dni będą mi się kojarzyć z wypełnianiem mnóstwa formularzy, których połowy pól albo nie rozumiem, albo nie mogę wypełnić.

Po pierwsze, musisz umieć w polu furigana napisać swoje imię katakaną. Mhm. Będę się jeszcze sama z siebie śmiać pewnie po pół roku kursu japońskiego, ale prawda jest taka, że na moich pierwszych formularzach wpisywała to za mnie świetnie znająca japoński Patia. A nie jest to takie trudne przecież: ピクル アルドナ!

Po drugie, musisz umieć napisać swój adres w kanji. Tu już nie ma żartów, adres ma z osiem albo dziesięć krzaczków, z których tylko te oznaczające miasto (市), dzielnicę (区) i ulicę (町) były łatwe do przepisania.

Po trzecie, musisz znać swoją datę urodzenia według japońskiego systemu liczenia lat. Może pamiętacie, dostałam takie pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej na wyjazd – okazało się brutalnie praktyczne. (Swoją drogą, zbliżającą się nieubłaganie zmianę ery poprzedzają w Japonii obawy podobne do kryzysu Y2K.) Jakby co, to urodziłam się w 平成 1, a teraz mamy póki co rok 平成 31 (a od 1 maja będzie rok 1 ery, której nazwa zostanie ogłoszona za tydzień, 1 kwietnia).

Po czwarte, warto znać japońskie cyfry (i mam na myśli głoski, nie zapis).

Po piąte, trzeba uważać, czego się używa jako podkładki przy pisaniu innych rzeczy niż akurat formularz, bo prawie wszystkie formularze mają dołączoną kalkę i można niechcący napisać sobie coś w kopii.

Konto w banku

Zaczęło się dobrze, bo okazało się, że jeśli nie zamierzam w Japonii pracować i nie aplikuję o wizę studencką z pozwoleniem na pracę, ani nie mieszkam w akademiku i nie otrzymuję japońskiego stypendium, to nie muszę mieć konta w banku. Pierwszy zestaw formularzy – dla mnie zbędny! Całe szczęście, bo ich wypełnianie nie wyglądało szalenie prosto (Ale jeśli ktoś z was się wybiera do Japonii do pracy albo dostanie stypendium JASSO, albo będzie mieszkać w akademiku, albo chce sobie na studiach dorabiać, to konto w Japan Post będzie mu koniecznie potrzebne. Myślę, że niewiele osób w grupie poza mną tego konta nie ma.)

Urząd dzielnicy

Przy wjeździe do Japonii z wizą studencką dostaje się kartę pobytu z adnotacją „adres do ustalenia” (未定) i do kompletu – karteczkę z wyjaśnieniem po angielsku, że w ciągu 14 dni od zamieszkania gdzieś na stałe trzeba zarejestrować adres pobytu w lokalnym urzędzie. Ja na szczęście miałam załatwione mieszkanie od początku i ominęło mnie przemieszkiwanie w hotelach, ale mimo tego, że znałam mój adres już na lotnisku, nadal musiałam go zgłosić w urzędzie dzielnicy.

Poczekałam z tematem do spotkań w ramach orientacji na uczelni – tam nie dowiedziałam się niczego użytecznego, poza tym, że muszę ten temat ogarnąć w ciągu najbliższych trzech dni, bo do piątku koniecznie muszę przynieść do uniwersyteckiego Centrum Międzynarodowego ksero mojej uzupełnionej w urzędzie karty pobytu przyklejone na formularz, który dostałam w ramach pakietu powitalnego.

Ten układ terminów w połączeniu z grafikiem innych spotkań w ramach orientacji mi dokładnie jeden dzień na załatwienie formalności w urzędzie. Dowiedziałam się od Patii, która już swoje sprawy załatwiła, że w naszym urzędzie raczej nikt nie mówi po angielsku, formularze są po japońsku, a prawdopodobnie najbardziej przyda mi się zdanie, które po japońsku oznacza przepraszam, nie rozumiem japońskiego, może po angielsku?

Adres zamieszkania

Urząd znalazłam w Google Maps. W urzędzie zlokalizowałam wykaz okienek do obsługi mieszkańców opisany po angielsku, więc od razu mogłam trafić do rejestracji pobytu. I wtedy zaczęły się schody: mnóstwo kolorowych formularzy na stolikach, ale ani słowa opisu czegokolwiek po angielsku.

Żeby się trochę lepiej przygotować do całej zabawy, wyszukałam sobie na stronie urzędu imigracyjnego anglojęzyczną instrukcję procedury, którą zamierzałam tego dnia załatwić, ale nawet porównywanie kanji z dwujęzycznego formularza z Internetu z kanji na formularzach rozłożonych na stolikach okazało się nie być pomocne. Próbowałam sobie pomóc aparatem z Google Translate, ale moje wysiłki prędzej przyciągnęły uwagę pana w okienku niż mi w czymkolwiek pomogły. Pan zawołał mnie do swojego stanowiska, choć nie miałam numerka i zapytał o coś po japońsku. Wyrecytowałam formułkę z nieznajomością japońskiego i pokazałam puste miejsce na adres na karcie pobytu.

I wtedy zaczęła się gościnna magia: pan wyjął spod lady formularz, o który chodziło i wypełnił na podstawie mojej karty, paszportu i karteczki z adresem wszystkie pola poza podpisem i nazwiskiem właściciela domu, w którym mieszkam (nawet furiganę imienia). Odesłał mnie do stolika, żebym skończyła wypełniać formularz, w czym pomogła mi inna pani, która biegała po sali, pytając wszystkich petentów, czy na pewno daijobu. Dostałam numerek, 94, i usiadłam, czekając na swoją kolej.

Kiedy 94 wyświetliło się na tablicy, złożyłam dokumenty u innej pani. Zabrano mi kartę pobytu i formularz, włożono do koszulki i oddano numerek, z której to akcji odczytałam, że muszę znów czekać na wezwanie (cóż innego mogłam zrobić, skoro zabrano mi kartę, a chodzenie po ulicy bez karty pobytu grozi deportacją).

Siedziałam na krzesełku jakieś 20 minut, obserwując biuro. Po pierwsze, zaskoczył mnie nerwowy ruch, jaki tam panuje: ciągle ktoś biega, jeśli pracownik musi wyjść do ludzi zza lady, to takim szybciutkim, nerwowym kroczkiem, jakby każda minuta spędzona poza stanowiskiem kosztowała go punkty prestiżu, jakby każda minuta, kiedy petent pozostaje bez informacji lub dokumentu była na wagę złota. Lada jest niska, nie ma oddzielających ludzi od siebie szyb, jak to często jest u nas, za to wszędzie leżą stosy papierów. Za ladą widać resztę biura: otwarta przestrzeń, zastawiona ciasno małymi biurkami z komputerami i stosy, stosy, stosy dokumentów. Każdy formularz ma co najmniej jedną kalkową kopię, więc cienkie arkusze mnożą się w każdą stronę. Wydaje mi się, że praca większości ludzi w tych biurach i urzędach polega na sprawdzaniu formularzy, przybijaniu na nich pieczątek, a potem na przenoszeniu informacji z tych arkusików do systemów informatycznych, z kolorowymi markerami w ręce, którymi znaczy się kolejne, sprawdzone już pola. Trochę jak w ulu, robotnice wytwarzają kolejne informacje.

Po chwili zorientowałam się, że teraz numerki nie wyświetlają się już na tablicy, ale są wywoływane z innego punktu w pomieszczeniu. Kyu jyu yon!, usłyszałam i coś kliknęło mi w głowie: to było moje 94. Zastanowiłam się nawet przez moment, jak to możliwe, że wiem, jak jest 94 po japońsku, ale szybko sobie przypomniałam: poprzednim razem chodziliśmy do suszarni, w której numerki stolików były wywoływane przez panią w poczekalni i to stąd ta niespodziewana wiedza.

Odzyskałam kartę z wbitym adresem; dostałam dodatkowo zaświadczenie o zameldowaniu i naręcze ulotek dla nowych rezydentów, w tym książeczkę „Easy living in Kyoto” zawierającą porady, co robić w różnych życiowych sytuacjach, jak posłanie dziecka do szkoły czy chęć nauki japońskiego za grosze, czy ulotkę Domu Międzynarodowego kokoka, zajmującego się integracją cudzoziemców mieszkających w Kyoto.

Ubezpieczenie zdrowotne

Zaraz po oddaniu mi karty pobytu miła pani spytała, czy chcę teraz załatwić rejestrację w japońskim Narodowym Funduszu Zdrowia (swoją drogą, obowiązkową dla wszystkich rezydentów). Jako że dokładnie taki miałam plan, z wdzięcznością przyjęłam to, że pobrała dla mnie odpowiedni (nowy) numerek z maszynki i wskazała właściwe okienko numer 2.

Kiedy przyszła moja kolej, zaczęłam od uprzejmego wyrecytowania mojej magicznej formułki o nieznajomości japońskiego, a następnie pokazałam zajmującej się mną pani zdanie z uniwersyteckiej książeczki-przewodnika dla nowych studentów, które zaczynało się od Please be sure to inform the staff at the city ward office that…. Pani pokiwała głową, a potem wyjęła z segregatora dwujęzyczną kartę, gdzie było punkt po punkcie wypisane, czego będzie ode mnie oczekiwać. Potem przygotowała kolejny formularz i tak przeszłyśmy całą procedurę: ja wypełniałam to, co miało być po angielsku, a ona to, co miało być po japońsku. Na koniec dostałam szacunkową wysokość składki zdrowotnej za niepełny marzec (~¥1350, potem to będzie ok. ¥1800 miesięcznie) i mały informatorek na temat płacenia składek (dostanę książeczkę pocztą i potem chodzi się płacić na pocztę lub do konbini – brzmi znajomo?) oraz wystąpienia z ubezpieczenia przy wyjeździe. Do portfela z dokumentami powędrowała z kolei karta ubezpieczenia zdrowotnego, którą trzeba pokazać zawsze, kiedy trzeba się będzie pokazać u lekarza. Całkiem to było bezbolesne!

Jako że to wyczerpywało zakres procedur opisany w studenckim przewodniku, byłam przekonana, że to koniec – okazało się jednak, że autorzy przewodnika z jakiegoś powodu założyli, że wszyscy studenci mają mniej niż 20 lat. Bo każdy rezydent powyżej 20 roku życia ma obowiązek przystąpić do systemu emerytalnego, a o tym nie było podczas orientacji ani słowa.

Składki emerytalne

Dostałam więc kolejny numerek i przeszłam do okienka numer 3, gdzie miły pan mówił już po angielsku całkiem nieźle, jednak rozmowę ze mną też zaczął od wyciągnięcia kartki, na której wszystkie informacje były dwujęzyczne. Okazało się, że tak, muszę przystąpić do systemu emerytalnego, ale jednocześnie, jako że jestem studentką zagraniczną, mogę aplikować o czasowe zwolnienie z obowiązku płacenia związanych z tym składek. Stąd kolejne dwa formularze: jeden o przystąpieniu i jeden o zwolnieniu. Znów skorzystałam z pomocy w wypełnieniu japońskich pól na podstawie moich innych dokumentów i zaświadczeń. Na koniec dowiedziałam się, że dostanę pocztą książeczkę emerytalną, którą mam zignorować – i że będę musiała powtórzyć ten proces w czerwcu.

I to już był koniec przygód w japońskim urzędzie dzielnicy. よくやった!

Korzystając ze wspólnego kleju i nożyczek uważaj na ZARAZKI.

(W dniu terminu na składanie kopii karty pobytu z potwierdzeniem załatwienia całej sprawy na uczelni dostaliśmy maila z informacją, że jeśli komuś się nie udało tego załatwić samodzielnie, to może poprosić o asystę translatorską kogoś z Centrum Międzynarodowego.)

Ubezpieczenia uniwersyteckie

Obsługą ubezpieczeń na naszej uczelni (na innych też raczej tak jest) zajmuje się uniwersytecki Coop, czyli organizacja, która sama o sobie mówi, że jest „kooperatywą studentów i pracowników”; ale to nie taka kooperatywa jak na przykład nasze spożywcze; jest zdecydowanie bardziej zinstytucjonalizowana. Oprócz ubezpieczeń, obsługuje też uniwersytecki sklepik czy stołówki. Nas na razie interesowały ubezpieczenia.

Podczas sesji na temat ubezpieczeń każdy z nas dostał przerażająco wielką kartę formularza, na której trzeba było wpisać różne swoje dane (tak, też po japońsku, zupełnie jak w urzędzie miasta) i wskazać, że chce się przystąpić do Coopa przez wykupienie w nim dziesięciu jednostek udziałów za ¥5000. Potem trzeba było zadeklarować ubezpieczenia, które wykupimy i podsumować ich koszt w osobnej tabelce, zależnie od wybranego wariantu.

Jedno z oferowanych przez Coop ubezpieczeń jest obowiązkowe, a jedno – dodatkowe. Obowiązkowe jest ubezpieczenie OC (gakubai), które ma przy tym dwa warianty: taki dla osób mieszkających w takich prywatnych kwaterach, które zapewniają ubezpieczenie od pożaru (tańszy: ¥1500) i taki dla osób mieszkających w akademikach i w prywatnych kwaterach, które nie mają innego ubezpieczenia od pożaru (droższy: ¥8500). Dodatkowo można wykupić ubezpieczenie na życie, które obejmuje różne medyczne przypadki, które mogą się człowiekowi przytrafić (łącznie z depresją) i stalking (pokrywają koszt wymiany zamka lub przeprowadzki).

Wypełniałyśmy tez długi formularz, rozkminiając, co jest dla nas obowiązkowe, a co nie, przez całą sesję dotyczącą ubezpieczeń i jeszcze później, po południu w bibliotece.

Formularz trzeba było potem zanieść do biura Coopu (którego poszukiwania zaprowadziły nas z Petią do różnych piwnic w różnych budynkach na kampusie). Tu nie udał mi się już za bardzo trik ze zdaniem o nieznajomości japońskiego, bo moje wyznanie sprowokowało panią tylko do zadawania po japońsku kolejnych całkowicie niezrozumiałych dla mnie pytań. Koniec końców okazało się chyba, że chodziło o dopisanie nazwy budynku przy adresie, bo to właśnie przepisała sobie z mojej karty pobytu, którą jej dałam w akcie pewnej desperacji. Po opieczętowaniu formularza wydała mi kolejne dwie karty: potwierdzenie ubezpieczeń i tymczasową kartę Coop, dającą mi różne zniżki na kampusie i prawo do taniego śniadania. Prawdziwa, plastikowa karta przyjdzie pocztą.

Teraz jeszcze czeka mnie zakupienie drugiego obowiązkowego ubezpieczenia studenckiego od wypadków w czasie zajęć i w drodze na uczelnię (gakkensai: ¥650), ale to można wykupić tylko w automatach do certyfikatów, które będą czynne od początku semestru, czyli od 1 kwietnia (pewnie uzupełnię ten post, kiedy uda mi się i to załatwić).

Bilet miesięczny

Jako studenci międzynarodowi mamy możliwość wykupienia przepustki do komunikacji miejskiej na studenckich zasadach (w Japonii nie jest tak prosto jak w Polsce, że po prostu ma się zniżkę studencką; w autobusach i w metrze w Kyoto płaci się normalną wysokość biletu (¥230 w autobusie, ¥260 w metrze), chyba że właśnie masz taką studencką przepustkę). Jeśli uczelnię ma się od domu ponad 2 km, to można kupić przepustkę na wszystkie linie autobusowe w mieście. Koszt biletu zawierającego też przejazdy metrem również zależy od odległości przystanku od uczelni. Żeby sobie taką przepustkę załatwić, trzeba dostać na uczelni zaświadczenie tsugaku shomeisho, o które aplikuje się… wypełniając formularz. Tym razem krótki i po angielsku. Ale potem idzie się z tym zaświadczeniem na stację i kupuje bilet, więc kto wie, jakie przygody formularzowo-kartowe tam się szykują…

Japonia jest jednak Japonią, więc jeśli macie wyobrażenie, że to będzie 50% zniżki na przejazdy jak w Polsce i w ogóle nie ma się co zastanawiać nad opłacalnością takiego biletu, to możecie się zdziwić. Miesięczny bilet autobusowy na wszystkie linie kosztuje ¥7920, co odpowiada ok. 34 przejazdom autobusem. Miesięczny na metro przy mojej odległości od uczelni (2,5 km) to ¥6480, czyli prawie 25 przejazdów metrem. Bilet łączony na metro i autobusy kosztuje ¥10800, czyli 47 przejazdów autobusem lub 41 przejazdów metrem. Przy zakupie biletu na 3 miesiące ceny są troszkę niższe.

Z perspektywy dojeżdżania na uczelnię komunikacją to ma sens, jeśli rzeczywiście jeździ się autobusem czy metrem codziennie w dwie strony i ma się codziennie zajęcia. Ja biletu miesięcznego zdecydowałam się nie kupować, bo na uczelnię chodzę pieszo i zamierzam też jeździć rowerem, a dwa tygodnie w Kyoto kosztowały mnie jak dotąd w biletach ok. ¥1500 (biorąc pod uwagę fakt, że nie zaczęły się jeszcze zajęcia, więc spędzam na mieście więcej czasu niż pewnie będę miała w trakcie semestru).

Rejestracja roweru

Rower odkupiłam od studentki Uniwersytetu Kyoto, która właśnie skończyła studia i wyjeżdża – dlatego był bardzo jak na Kyoto tani (¥3000). Dostałam razem z rowerem jego dokumenty i teraz moim kolejnym ruchem (do którego jeszcze się nie zebrałam) jest pójście na lokalny posterunek policji i przerejestrowanie go na siebie w ramach tzw. procedury zapobiegania kradzieży roweru. Znów – cały formularz jest po japońsku i z opisów rozumiem na razie tylko imię (名) i nazwisko (姓). Wiem już, że zabawa będzie mnie kosztować ¥500 i że prawdopodobnie na angielski nie ma co liczyć.

Poza tym muszę jeszcze zarejestrować mój rower na kampusie, żebym mogła legalnie parkować go na uniwersyteckim rowerowym parkingu i żeby uczelnia wiedziała, czy przypadkiem wyjeżdżając z Kyoto go jej nie podrzuciłam przez pozostawienie na parkingu. Tu już wypełniłam kolejny formularz i złożyłam go w odpowiednim okienku na uczelni – 26 kwietnia będę musiała pojawić się na spotkaniu w sprawie inspekcji roweru (rower musi mieć sprawny zamek, co najmniej jeden) i odebrania naklejki dokumentującej uzyskanie pozwolenia na parkowanie nim na terenie kampusu.

Konkluzja

Kiedy mieszkałam w Londynie, jedyna oficjalna rzecz, jaką dobrze było załatwić, to zapisanie się do lokalnego lekarza (ale nie było to nawet obowiązkowe). Unia Europejska jednak zmienia wszystko.

Dopełnianie formalności pobytowych i uniwersyteckich było dla mnie największym cultural adjustment (dostosowaniem kulturowym), jakiego dotąd doświadczyłam. Potężne źródło stresu. Dostałam co prawda kilka przewodników po procedurach angielsku, ale nie zmienia to faktu, że samo bycie w urzędzie i załatwianie oficjalnych spraw jest trudne czy stresujące nawet wtedy, kiedy zna się język, w którym te sprawy będą załatwiane (zwłaszcza, kiedy wszystkie te przewodniki informują, że jeśli coś zrobisz nie tak, to grozi ci deportacja).

Przez cały czas, chodząc od okienka do okienka, zastanawiałam się, czy przyjazd do Polski spoza UE też jest tak wymagający dla studentów nieznających polskiego. Jak oni sobie radzą w polskim urzędzie czy w NFZ? Czy tam ludzie mówią po angielsku? Czy nasze formularze są wielojęzyczne (przynajmniej te, które muszą złożyć cudzoziemcy)? Czy ludzie w „okienkach” na uczelni znają inne języki niż polski? Czy ci studenci dostają przewodnik, w którym jest opisane, co trzeba gdzie i kiedy załatwić? Karty komunikacyjne do wykorzystania, jeśli trafi się na kogoś nieznającego języka? (Spotkałam się z czymś takim w lokalnych aplikacjach do pobrania na wypadek kataklizmów.) Czy ktoś może towarzyszyć studentowi w urzędzie przy załatwianiu tych spraw?

Bo to jest, kurczę, wszystko strasznie trudne. O wiele trudniejsze niż sobie wyobrażałam.

Osiedlanie się – pierwszy tydzień w Kyoto

Loty

Nie mogłam powstrzymać się od płaczu, lecąc w tę najbardziej podobno epicką podróż. Uparcie dopatrując się potencjału nostalgicznego w każdym geście i przedmiocie („ta ostatnia kanapka z serem”, co gorsza, „zrobiona mi o poranku na drogę przez M., a M. zawsze mi robi jedzenie, kiedy zapomnę zjeść, i kto mi jedzenie zrobi w Japonii”, „Kira, czy twoje futerko nadal będzie tak miękkie, kiedy wrócę, a ty nawet nie miaukniesz, jak ja na pół roku wyjeżdżam” i tak dalej), dawałam pełne pole do popisu odziedziczonej płaczliwości, która zwykle objawia się podczas oglądania filmów i reklam Allegro. Pół twarzy spuchło mi od popłakiwania, współpasażer w locie do Warszawy patrzył na mnie z niepokojem (no tak, to jest lot Kraków–Warszawa, pełen biznesmenów, czemu ktoś miałby ryczeć na tej trasie?).

Przygotowałam się dobrze do tej podróży. Absurdalnie drogie słuchawki wygłuszające sprawdziły się przy ryku silników tych małych, lokalnych samolocików, pierwszy raz chyba po opuszczeniu samolotu nie bolała mnie głowa. Odprawiłam się dzień wcześniej, żeby upewnić się, że będę mieć miejsce przy oknie podczas krótkich lotów,a przy przejściu podczas lotu długiego – dobra strategia, pozwala pofotografować chmury, ale i wyjść sobie nad Syberią do toalety bez budzenia współpasażerów, a przy tym można zawsze na moment wyciągnąć nogi w przejściu, kiedy akurat nikt z niego nie korzysta. Dostęp do bagażu na półce też jest łatwy, co ważne, kiedy przypominasz sobie o tym, że potrzebujesz długopisu, żeby wypełnić karteczkę do lądowania w Japonii (taki świstek, na którym się wpisuje parę informacji, większość prosta i do wpisania z pamięci; z trudniejszych tylko trzeba znać swój przyszły adres w Japonii, przynajmniej adres pierwszego hotelu, i numer paszportu) i deklarację celną. Bluza kangurka z dużą kieszenią to kolejny patent, z którego użyteczności nie zdawałam sobie sprawy; paszport zawsze pod ręką, a i chusteczki się zmieszczą, i telefon, i okulary, kiedy przysnę. A mało spałam, mój zegarek nawet tego snu nie odnotował, więc pewnie było to mniej niż dwie godziny.

Obejrzałam w samolocie Faworytę: co za znakomity film! I drugą część Fantastycznych Bestii: co za fatalnie poszatkowany scenariusz!

Imigracja

Lotnisko Kansai, na którym wylądowałam, znajduje się na sztucznej wyspie na morzu, więc lądowanie – oglądane przez pokładową kamerkę – wygląda dość nierealnie.

Byliśmy na miejscu ponad pół godziny przed czasem (więc tylko 9 godzin lotu), co zaskoczyło Japończyków, niemających dla nas gotowego rękawa – stąd czterdzieści minut oczekiwania w samolocie na wysiadkę. Na miejscu tłum, z terminalu jedziemy do głównego budynku pociągiem, a tam – kolejka do imigracji. W pierwszej chwili stanęłam w złej kolejce (choć teraz myślę, że to jednak moja wina, nie postąpiłam chyba zgodnie z przekazaną mi przez panią zarządzającą kolejką instrukcją) i po jednym dwudziestominutowym oczekiwaniu w kolejce zostałam przekierowana do kolejnej, półgodzinnej, specjalnej kolejki dla osób, którym należy się na wjeździe karta pobytu. Bo widzicie, okazuje się, że mi się należała z racji posiadania półrocznej wizy studenckiej. Nie zamierzam w tym czasie się zatrudniać, więc zgłosiłam panu w okienku, że „work? no, iie”, po czym odebrałam najbardziej błyszczącą od hologramów kartę, jakiej kiedykolwiek byłam posiadaczką. Dostałam też przy tym instrukcję, że muszę się w ciągu 14 dni pojawić w lokalnym urzędzie miasta lub dzielnicy, żeby zgłosić adres, pod którym przebywam.

Dzięki dwukrotnemu staniu w kolejce ominęła mnie konieczność ściągania ciężkich walizek z taśmy, bo zostały już do tego czasu przestawione pod tabliczkę dla spóźnialskich (taka odwrotność zagubionego bagażu – bagaż, któremu zagubił się właściciel). Przejęłam je prędko i pospieszyłam do odprawy celnej, która była moimi bagażami zupełnie niezainteresowana i tylko pobrała ode mnie wypełnioną na pokładzie deklarację. Sama wyjęłam z walizki worek z lekami na tarczycę, na które wcześniej załatwiałam pozwolenie inspektoratu farmaceutycznego (yakkan shoumei), po czym pan celnik uważnie przestudiował wydruk, przyjrzał się opakowaniom, podziękował mi i wskazał wyjście na lotnisko.

Krótko o pozwoleniu na wwiezienie leków: ogólnie według przepisów celnych można ze sobą mieć zapas leków na około miesiąc na prywatny użytek, ale jeśli mamy potrzebę wziąć ze sobą większą ilość (albo jeśli przyjmujemy jakiś ostro regulowany w Japonii lek), to trzeba to zgłosić wcześniej do inspektoratu. Wypełnia się wniosek o import leków, na którym wskazuje się dane leku, jego ilość, swoje dane i dane lotu, którym przylecimy. Do tego do każdego z wymienionych we wniosku leków wypełnia się kartę, na której wskazuje się dawkę, substancję czynną leku, jego przeznaczenie i dawkowanie. Do wniosku załącza się jeszcze receptę lub zaświadczenie od lekarza o tym, że bierzemy takie leki i kopię biletu lotniczego. Ten komplecik trzeba podpisać, zeskanować i wysłać mailem do jednego z trzech inspektoratów, w zależności od tego, na którym lotnisku będziemy lądować. W odpowiedzi dostaje się skan opieczętowanego odpowiednio wniosku, który trzeba okazać celnikowi razem z wwożonymi lekami na lotnisku (moja odpowiedź przyszła w mniej niż 24h od wysłania maila). W sumie prosta sprawa :-).

Z KIX do Kyoto

Lotnisko Kansai jest całe różowe i pełne chińskich turystów. Bardzo mi zależało na tym, żeby od razu na lotnisku kupić kartę z internetem do telefonu i wypłacić pieniądze, ale jak na złość – do jedynego sklepu, w którym sprzedawali sensowne karty była kolejka na godzinę czekania, nigdzie nie widziałam bankomatu, a kiedy trafiłam na automaty z kartami do internetu, moje zdolności percepcyjne zostały wystawione na ciężką próbę, gdy automat do rozmieniania grubych banknotów na tysiącjenówki nie chciał mojej tysiącjenówki rozmienić (tak, dobrze czytacie, próbowałam rozmienić ¥1000 na ¥1000; w całym niedospaniu nie zauważyłam, że banknot, który do niego wkładam to nie jest ¥10 000; nawet zdążyłam się zdenerwować i przejąć, że automat mnie oszukał, bo ja mu wkładam 10k, a on mi wydaje jedno 1k zamiast dziesięciu). Więc się poddałam.

W wyniku zamieszania przy imigracji i moich nieudolnych prób załatwienia czegokolwiek na lotnisku, spóźniłam się na zamówioną taksówkę do Kyoto. Na szczęście, choć mina pani w okienku nie była przesadnie przyjazna i sugerowała kłopoty – ale przyjęłam to z godnością, w końcu to ja byłam tą spóźnialską w kraju punktualności – mogłam pojechać kolejną, która odjeżdżała za jakieś pół godziny do godziny, zależnie od tego, kiedy zgłoszą się lądujący pasażerowie.

Pan taksówkarz w wielkiej czapce i białych rękawiczkach był bardzo mną przejęty, może nie wyglądałam za dobrze po tych wojażach, i co kwadrans pytał, czy wszystko w porządku. Pojechaliśmy autostradą przez Osakę do Kyoto i napatrzyłam się przez okno na industrialne, betonowe krajobrazy. Japonia nie zawsze jest piękna, powiedziałabym nawet, że czasem jest przerażająco paskudna, ale z drugiej strony – które miasta portowe na świecie nie są?

W Kyoto za to jest zupełnie inaczej. Ledwo wjedzie się do miasta i atmosfera się zmienia: budynki są niższe, uliczki – węższe, mnóstwo rowerzystów i roślin przed domami. Zaraz po wjeździe do miasta przesiadłam się do innego samochodu, nowa taksówka podwiozła mnie pod wskazany adres, pan kierowca pokazał mi palcem, który to budynek i odjechał, machając.

Mieszkanie

Manager domu, w którym zamieszkałam też zdążył się już o mnie zmartwić (musiał śledzić mój lot, bo tuż po lądowaniu samolotu wysłał mi maila z pytaniem, czy wszystko w porządku; a kiedy w południe jeszcze mnie nie było, upewniał się, że zmierzam – szkoda, że nie miałam internetu w telefonie i nie odpisywałam mu od razu). Biuro ma w budynku naprzeciwko domu, więc szybko przejął moje walizki i wskazał mi drogę do mojego nowego pokoju. W ten sposób przez całą podróż nie musiałam ani razu podnosić mojej 21-kilogramowej walizki :-).

Po wejściu do domu ściągamy buty i wspinamy się po bardzo stromych, drewnianych schodach na pięterko, prosto do słonecznej kuchni ukrytej za przesuwanymi drzwiami. W lewo prowadzi wąziutki, ciemny korytarz, na którego końcu jest wyjście na taras, gdzie mieści się pralnia (to nie ma wiele sensu teraz, gdy na zewnątrz jest 5–10 stopni, ale będzie miało, kiedy zrobi się cieplej). Zajmuję przedostatni pokój. Jest schludnie i nieco ciemno; mam małe okno nad biurkiem, ale nie daje ono wiele światła; zanim je otworzę, muszę poprosić o porządne założenie moskitiery. Poza tym akademikowy standard – łóżko, szafa, komoda, kosz na papiery i drugi na pranie, biurko z krzesłem i lustro z wieszakiem. Wszystko jasne i trochę używane, ale czyste. Najważniejsza rzecz: klimatyzator. Przyda się latem, ale i teraz, kiedy na zewnątrz zimno; to jedyny sposób na ogrzanie pokoju.

Rozpakowuję się w pół godziny; nie przywiozłam wcale tak wiele rzeczy.

Jetlag

Początkowo nie wiem nawet, czy go mam. W podróży spałam bardzo mało, więc kiedy pierwszego wieczoru kładę się spać o 22 i budzę o 11:30, myślę, że to właściwie bardziej zwykłe odespanie męczących lotów niż sygnał, że jestem trochę nieprzestawiona.

Ruszam w miasto i prawie wpadam w półkę w sklepie, zasypiając w pół gestu jak narkoleptyczka. Nie zdarzyło mi się to wcześniej, to niepokojące uczucie. Raz nie mogę zasnąć do 3 w nocy, innym razem padam na pyszczek o 19. Postanowiłam jetlag przechodzić, więc kiedy rano zwlekam się z łóżka o przyzwoitej porze, jak najszybciej się ogarniam i wychodzę, deszcz czy słońce, organizując sobie małe wyzwania, jak na przykład „znajdź spożywczak” czy „kup kartę IC i naucz się jeździć autobusem”.

Dobrą stroną jest to, że budzą mnie budziki, więc jest szansa, że nawet jeśli jetlag nie odpuści za szybko, to nie zaśpię do szkoły.

Okolica

Mam wrażenie, że osiedla w Kyoto są bardzo odmienne w klimacie od tych w Tokyo czy Wako, które widziałam dwa i pół roku temu. Budynki są niższe, to w większości jednopiętrowe domki a nie małe czy większe bloki. Tokyo przyzwyczaiło mnie do patrzenia w górę, bo na czwartym czy szóstym piętrze może się czaić dobra restauracja czy karaoke – w Kyoto patrząc w górę widzę słupy elektryczne, drzewa i ptaki. Miasto otaczają góry i często widać je zza budynków – widzę je nawet z okna, kiedy rozkręcę jego szklaną żaluzję i spojrzę ponad dachami domów.

Mieszkańcy Kyoto układają na chodniku stosy donic i doniczek. Początkowo raportowałam nawet, że mam obok domu kwiaciarnię, podczas gdy było to po prostu wieloelementowe dzieło sąsiadów. Przy roślinach często czai się jenot tanuki. Pełno jest otwartych na ulicę, parterowych warsztatów, o których nie umiem wiele powiedzieć, poza tym, że wyglądają jak pełne starych gratów garaże; nie wiem nawet, czy to są prywatne przestrzenie właścicieli, czy może jednak miejsca, gdzie można uzyskać jakąś usługę.

Na osiedlu, gdzie mieszkam, nie ma pułapek dla turystów, nie ma też wielu miejsc z jedzeniem. To dla mnie nowość, bo poprzednio mieszkaliśmy w domu gościnnym dla wizytujących badaczy, mieszczącym się na kampusie instytutu badawczego, który za oknem miał drogi przelotowe prowadzące do Tokyo i fabrykę, a nie osiedle. Jest bardzo cicho i bardzo pięknie. Wiśnie jeszcze niespecjalnie kwitną, ale można czasem trafić na śliwy albo na magnolie.

Bardzo, bardzo wczesna sakura (albo późne ume!).

Dojście gdziekolwiek zajmuje mi sto lat, bo co trzy kroki zatrzymuję się i robię zdjęcia.

Powoli mija pierwszy tydzień na miejscu. Wczoraj pierwszy raz coś ugotowałam i pozmywałam naczynia po współlokatorach (wszystko, żeby zmniejszyć ryzyko karalucha w kuchni!); czuję się trochę bardziej u siebie.